Reprezentacje | 2012-01-09 10:28:53 | Nadesłał: Katarzyna Tybor | Źrodlo: inf. własna
Zazwyczaj wygrywali wszystko, co tylko się dało. Niemal niepodzielnie rządzili na światowych parkietach. Stając prawie zawsze na najwyższym stopniu podium, przyzwyczaili już swoich kibiców do kolejnych złotych medali. Rok 2011 wydaje się być wobec tego pasmem niepowodzeń i porażek, niektórzy mówią już nawet o końcu „Wielkiej Brazylii”. Czy faktycznie było aż tak źle i ekipa dowodzona przez Bernardo Rezende ma powody do niepokoju?
Dookoła świata w drodze po dziesiąte złoto
Tegoroczna Liga Światowa była dla Brazylijczyków szczególna z dwóch względów. Po pierwsze, walczyli o dziesiąte zwycięstwo w turnieju, a faworytami, jak zwykle, byli jeszcze przed jego rozpoczęciem. Po drugie, mijało dokładnie dziesięć lat od ich pierwszego triumfu pod wodzą Bernardinho, kiedy w 2001 roku w Katowicach stanęli na najwyższym stopniu podium. Objęcie męskiej kadry przez charyzmatycznego trenera rozpoczęło w siatkówce nową erę – dekadę niemal absolutnej dominacji Brazylii.
Nic dziwnego zatem, że siatkarze nie mieli zbyt wiele czasu na odpoczynek po zakończeniu sezonu ligowego. Choć inauguracyjne mecze Ligi Światowej miały odbyć się dopiero pod koniec maja, pierwsi zawodnicy stawili się na zgrupowaniu w Saquaremie ponad miesiąc wcześniej – jeszcze przed finałowym meczem Superligi, po zakończeniu rozgrywek przez ich kluby. W niemal pełnym składzie trenowali wspólnie od 8 maja, najpóźniej do drużyny dołączył wyczerpany po sezonie ligowym w Rosji i mający problemy z kolanem Dante Amaral. Przyjmujący, choć bardzo chciał pomóc drużynie, długo musiał czekać na swój powrót na boisko. Do kadry powrócił po dwóch latach przerwy doświadczony środkowy Gustavo, zadebiutować miał okazję atakujący Wallace, mimo nie najmłodszego już wieku – zawodnik liczył sobie już 28 lat. Jak okazało się w trakcie rozgrywek, początkowo w większym wymiarze czasowym prezentował się Thiago Alves, zaś dzięki dobrym zmianom, jakie dawał Sidão, ten dwudziestodziewięcioletni środkowy wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie.
Pierwszym rywalem Canarinhos była reprezentacja Portoryko, debiutująca w prestiżowych rozgrywkach „Światówki”. Podopieczni Carlosa Cardony gorzej chyba trafić nie mogli – startując w turnieju po raz pierwszy, za przeciwników mieli aktualnych Mistrzów Świata – Brazylijczyków, Mistrzów Olimpijskich – Amerykanów, oraz wciąż jeszcze aktualnych Mistrzów Europy – Polaków. Wszyscy spodziewali się, że będą oni łatwym źródłem punktów, lecz debiutanci wcale nie chcieli się widzieć w roli „chłopców do bicia” i urwali po jednym secie reprezentacji Polski oraz dwukrotnie ekipie USA, w pojedynku z którymi na zakończenie fazy interkontynentalnej doprowadzili nawet do tie-breaka. Jednak w starciu z Brazylijczykami byli bezradni i nie pomógł im nawet atut własnej hali. Pierwszy mecz Portorykańczycy przegrali dość boleśnie (0:3 – 15:25, 19:25, 16:25), co w kolejnym skłoniło trenera Rezende do wypróbowania drugiej szóstki i większych rotacji składem. I chociaż rywale Brazylijczyków stawiali im opór i zaprezentowali zupełnie inną postawę, a druga z partii toczyła się na przewagi i zakończyła rezultatem 29:31, ostateczny wynik był identyczny i „Kanarkowi” zwyciężyli w trzech setach.
Po powrocie do kraju, Brazylijczycy spędzili w nim trzy tygodnie, podejmując kolejno reprezentacje Polski, USA i Portoryko. W hali Maracanãzinho dwukrotnie pokonali Biało-Czerwonych za trzy punkty, choć nie można powiedzieć, że zwycięstwa te przyszły im gładko i bez problemów. W pierwszym z pojedynków, to Polacy mieli kontrolę nad wydarzeniami na boisku przez większość drugiej partii, a Canarinhos wyrównali wynik dopiero po dwudziestym punkcie i ostatecznie wygrali 26:24. Jednak do oceny pojedynku podeszli bardzo krytycznie. – Nie wolno nam rozpoczynać meczów w taki sposób, jak wyglądało to dziś. Jutro będziemy musieli zacząć z innym nastawieniem, bo nasi rywale wyjdą na boisko z jeszcze większą żądzą zwycięstwa – powiedział kapitan reprezentacji. Miał sporo racji, bo w rewanżowym spotkaniu Biało-Czerwoni za wszelką cenę chcieli wyszarpać punkty Brazylijczykom. Udało im się wygrać co prawda tylko jednego seta, ale cały mecz był o wiele bardziej zaciekły i wyrównany.
W trakcie treningów przed kolejnym meczowym weekendem, kadrę Brazylii spotkało spore osłabienie. Poważnej kontuzji nabawił się doświadczony środkowy Gustavo Endres – przy ćwiczeniu bloku, zderzył się pod siatką z Wallace’m, na skutek czego doznał złamania kości śródstopia. Przygnębiony kontuzją, Gustavo nie ukrywał irytacji z powodu przymusowego rozstania się z reprezentacją. – To bardzo frustrujące. Na początku byłem strasznie zdenerwowany tym, co się stało, zwłaszcza, że spotyka mnie to po sześciu tygodniach ciężkiej pracy na treningach. Brazylię czekają trudne mecze przeciwko USA, przygotowywałem się już na tą zaciekłą rywalizację. Było mi smutno, jednak mam świadomość, że kontuzje to nieodłączna część życia każdego sportowca. - Jak sam przyznał, powołanie było dla niego sporym zaskoczeniem, ale i zaszczytem, dlatego nie wahał się ani chwili, by ponownie zasilić szeregi Canarinhos. Jednak mimo ciężkiej i sumiennej pracy na treningach, dzięki której zapewnił sobie miejsce w dwudziestoosobowym składzie na Ligę Światową, a także w meczowej dwunastce, do gry mógł powrócić dopiero pod koniec sierpnia.
Pierwszy pojedynek z drużyną Alana Knipe’a Brazylijczycy zakończyli zwycięstwem, dopisując do swojego konta kolejne trzy „oczka”. Mimo porażki w pierwszym secie, przez resztę spotkania to oni dyktowali warunki i w grupie A byli niekwestionowanym liderem, nie tracąc do tej pory ani jednego punktu. Jednak nie udało im się zachować czystego konta – w drugim meczu z Amerykanami, pomimo zaciętej i wyrównanej walki ponieśli pierwszą porażkę i była ona dość dotkliwa. Niezrażeni poprzednim wynikiem, zawodnicy ekipy USA wyszli na parkiet w pełni zmotywowani. Canarinhos popełniali zbyt wiele błędów, co skrupulatnie wykorzystywali ich rywale. Choć po trzecim secie, pewnie wygranym przez gospodarzy, można było spodziewać się tie-breaka, Amerykanie w najważniejszych momentach rozstrzygali akcje na swoją korzyść i zgarnęli komplet punktów. Z Belo Horizonte wyjechali z trzema dodatkowymi „oczkami” na swoim koncie, nie detronizując jednak z pozycji lidera drużyny prowadzonej przez Bernardinho.
Ostatnimi rywalami w meczach przy własnej publiczności byli dla Brazylijczyków Portorykańczycy. Jednak wyłącznie wola walki nie wystarczyła, by pokonać stojących po drugiej stronie siatki Mistrzów Świata, którzy byli wyraźnie lepsi w każdym elemencie. Mimo gładkiego zwycięstwa 3:0 i wręcz miażdżącego drugiego seta, wygranego 25:10, znany ze swego perfekcjonizmu Bernardo Rezende nie szczędził słów krytyki odnośnie utraty koncentracji w trzecim secie. Podobnie jak podczas pierwszego weekendu Ligi Światowej, w rewanżowym meczu trener zdecydował się na większe rotacje składem, bowiem była to tak naprawdę ostatnia szansa, by móc przetestować rezerwowych zawodników przed najważniejszymi rozstrzygnięciami. Nawet w zmienionym składzie, Brazylijczycy nie dali przeciwnikom najmniejszego cienia szansy na wygraną w tym pojedynku, kończąc go zaledwie po godzinie i ośmiu minutach. Tym razem pierwszego seta zamknął wynik 25:10 i mimo prób nawiązania walki przez rywali w drugiej i trzeciej partii, nie oddali przewagi już do samego końca.
Z São Paulo, Canarinhos udali się do Tulsa, by ponownie zmierzyć się z Amerykanami. Pierwsze starcie znów rozstrzygnęło się po czterech setach, tym razem na korzyść Brazylijczyków. Tym samym, bez względu na wyniki pozostałych swoich spotkań, mogli być już pewni awansu do finałowej ósemki. Mimo tego, trener daleki był od optymizmu i z dystansem podszedł do kolejnego spotkania z reprezentacją USA. - Amerykanie mają tendencję do znacznie lepszej gry w drugim z każdych meczów w turnieju. Musimy wyciągnąć wnioski z trzeciego seta – mówił. Miał sporo racji, bo następnego dnia to ich rywale byli górą. Sędziowie swoimi decyzjami powodowali wiele kontrowersji, ale dużo niepotrzebnych sprzeczek i bezskutecznych reklamacji w ich stronę wytrąciło Brazylijczyków z równowagi. W efekcie, mimo zaciekłej walki popełniali proste błędy, co wykorzystali bez przeszkód Amerykanie.
Dwa ostatnie mecze przed finałami w Gdańsku, Brazylijczycy rozegrali w katowickim Spodku przeciwko Biało-Czerwonym. Długa i wyczerpująca podróż nie przeszkodziła im wygrać w pierwszym meczu 3:1, choć rywale cały czas deptali im po piętach i przewaga Canarinhos nie była zbyt duża. Niewiele brakowało, a mecz rozstrzygałby się w tie-breaku, bowiem czwarty set zakończył się wynikiem 24:26. Jednak już kolejny pojedynek był zupełną dominacją siatkarzy z Ameryki Południowej, którzy tym razem zakończyli zmagania po trzech setach. Spotkanie to miało symboliczne znaczenie dla Bernardinho, który właśnie w tej hali, dokładnie dekadę temu, 30 czerwca 2001 roku, zdobył pierwsze złoto, stojąc na czele męskiej reprezentacji. Odniesiony sukces cieszył więc podwójnie. Po raz pierwszy w dłuższym wymiarze czasowym na boisku pojawił się Dante, powracający do formy po kontuzji. Do Gdańska Brazylijczycy mogli jechać w dobrych humorach i bez przeszkód skupić się na przygotowaniach do ostatecznych pojedynków.
„Final is final!”
Występ Brazylijczyków na przestrzeni całej fazy interkontynentalnej nie był rewelacyjny i choć ich sytuacja w tabeli i dorobek punktowy na to nie wskazywały, grali nieco poniżej oczekiwań. Jakiekolwiek ubytki kadrowe nie powinny dla drużyny Bernardo Rezende stanowić żadnego problemu, bowiem nie ma w niej wielkiej przepaści między umiejętnościami graczy szóstkowych, a rezerwami – ławka Brazylijczyków jest silniejsza niż niejedna reprezentacja. Mimo to, dotychczasowe zwycięstwa bynajmniej nie przychodziły im z łatwością – gra nierzadko toczyła się na przewagi i tylko umiejętność zachowania zimnej krwi pomogła zwyciężać Canarinhos, którzy musieli się nieźle napocić, by zapisać na swoim koncie każde kolejne trzy punkty. Jednak na finały do Gdańska jechali jako główny – obok Rosjan – faworyt do zdobycia złota. W ich przypadku, byłoby to dziesiąte trofeum Ligi Światowej, na dziesiąty rok wspólnej pracy z Bernardinho. Jednak, jak podkreślali sami zawodnicy, turniej finałowy jest niemal jak zupełnie osobne rozgrywki i to, co miało miejsce w trakcie rundy interkontynentalnej, przestaje mieć znaczenie. – Chciałbym zagrać przeciwko niektórym słabszym drużynom, ale słabych drużyn już nie ma. – mówił trener po meczach w Katowicach. Nie ma już meczów, które można odpuścić, nie ma chwili na odpoczynek, nie ma łatwych przeciwników. W dodatku, jakby na ironię i kompletne zaprzeczenie tych słów, Brazylijczykom w roli rywali grupowych przypadli Kubańczycy, Amerykanie i Rosjanie. Istna „grupa śmierci”. Sami zainteresowani jednak nie przejmowali się tym zbytnio, skupiając się w stu procentach, by w pełni zrealizować postawiony sobie cel.
Kibice, którzy przybyli do Gdańska na mecze finałowe, z pewnością nie mogli narzekać na brak mocnych wrażeń. Już w pierwszym dniu rundy grupowej Brazylijczycy zafundowali im niezły skok adrenaliny. W pojedynku z Kubą przegrywali już 0:2, lecz w trzeciej partii, po dość odważnych roszadach w składzie, zdołali się podnieść i przeciwstawić rywalom. Najwięcej emocji zapewnił jednak czwarty set, kiedy Kubańczycy mieli w górze aż pięć piłek meczowych. Ostatecznie „Kanarkowym” udało się przechylić sytuację na swoją korzyść i wygrywając czwartą partię wynikiem 30:28, doprowadzić do tie-breaka, w którym również okazali się być górą.
Kolejnym rywalem Canarinhos była drużyna ze Stanów Zjednoczonych, która tym razem nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Mimo sporej przewagi w secie pierwszym (przegranym przez Brazylijczyków 15:25), ostatecznie podopieczni trenera Rezende zdołali wygrać za trzy punkty, w ostatnim secie pokonując rywali w identycznym stosunku, w jakim ci wygrali w pierwszym (25:15). Trzy „oczka”, które dopisali na swoje konto po tym pojedynku, dały im już pewny udział w sobotnim półfinale.
Ostatni mecz przed decydującymi pojedynkami Brazylijczycy rozegrali z Rosjanami. Z uwagi na terminarz turnieju finałowego i brak dnia wolnego, trener postanowił dać odpocząć podstawowym zawodnikom, by mogli zregenerować siły na najważniejsze mecze – Będę potrzebował gotowości całego zespołu w decydujących momentach tego turnieju – powiedział jeszcze przed spotkaniem. Porażka 0:3, choć dość bolesna, nie sprawiła im żadnego kłopotu, z uwagi na sytuację w tabeli i pewny już udział w półfinale.
Półfinałowy pojedynek z Argentyną na pewno zapisze się w historii siatkówki. Jednak nie ze względu na poziom sportowy, ale z powodu długości seta. Druga partia toczyła się punkt za punkt aż do wyniku 42:40. To rekord w historii Ligi Światowej i jeden z najdłuższych setów we wszystkich oficjalnych rozgrywkach reprezentacyjnych. Spotkanie 3:0 wygrali Brazylijczycy, ale nie można mówić o „gładkim” zwycięstwie, dodatkowo trwało ono prawie dwie godziny. Ten wyjątkowy mecz bez wątpienia zapadł w pamięć środkowemu Sidão, który świętował 29. urodziny i po ostatniej piłce usłyszał „Happy Birthday” odśpiewane przez ponad dziesięć tysięcy kibiców zgromadzonych w hali.
W meczu o najwyższy stopień podium, rywalami Canarinhos była reprezentacja Rosji. W perspektywie całych rozgrywek, wydawali się być nawet większymi faworytami do złota od nich, bowiem przez cały turniej szli jak burza, nie przydarzały im się większe potknięcia ani słabsze momenty. Tak czy inaczej, bez wątpienia byli jedną z drużyn, których nadrzędnym celem było przerwanie w końcu dominacji Brazylii. Punktualnie o godzinie 20:00 dziesiątego lipca, po jednej stronie siatki stanęli wysocy, mający ogromną siłę i młodsi zawodnicy, po przeciwnej niżsi, za to świetnie wyszkoleni technicznie, doskonale zgrani i niezwykle doświadczeni. Finałowa batalia zapowiadała się na pojedynek gigantów i w istocie nim była. Co prawda oba zespoły miały lepsze i gorsze momenty w trakcie meczu, jednak stał on niewątpliwie na wysokim poziomie.
Pierwszego seta przewagą dwóch punktów wygrali Brazylijczycy. Przez większość tej partii mieli niewielkie prowadzenie, jednak tuż przed drugą przerwą techniczną Rosjanie wyrównali 15:15. Seta zakończył w świetnym stylu as serwisowy Lucasa.
W drugiej odsłonie minimalnie lepsi byli ich rywale, lecz gra toczyła się już na przewagi (25:27). Kilkupunktowe prowadzenie mieli Rosjanie, ale do wyrównania doprowadził Lucas, ponownie swoim punktowym serwisem (19:19). Do samego końca gra toczyła się już punkt za punkt.
Trzecią partię Rosjanie rozpoczęli znacznie lepiej, odskakując przeciwnikom aż na pięć punktów (2:7). Brazylijczycy nie potrafili zmącić koncentracji rywali, a ci wciąż utrzymywali ich na bezpiecznym dystansie (8:13). Niedługo później Bernardinho dokonał podwójnej zmiany, która dała efekt w postaci wygrania długiej i efektownej wymiany, co podbudowało nieco pewność siatkarzy w żółtych koszulkach. Jednak mimo zredukowania przewagi przeciwników do zaledwie jednego punktu, ci po chwili znów ją odbudowali i wygrali również tę partię.
Czwartego seta od mocnego uderzenia rozpoczęli Canarinhos (4:1), lecz Rosjanie szybko zniwelowali ich prowadzenie. Na pierwszej przerwie technicznej niewielką przewagę mieli Brazylijczycy, którą udało im się dotrzymać aż do końca. Mimo zmian w rosyjskiej drużynie, podopieczni Bernardo Rezende nie poddawali się i wygrywając czwartą odsłonę, doprowadzili do tie-breaka.
Decydująca partia była wyrównana tylko na początku. Po stronie Brazylijczyków było widać nie tylko zmęczenie, ale i zdenerwowanie, co skutkowało zbyt dużą ilością własnych błędów. Dwa nieskuteczne bloki dały Rosjanom prowadzenie (5:7). Przy zwiększeniu przewagi do trzech punktów, Bernadinho starał się ratować sytuację, prosząc o przerwę. Jednak Rosjan nie sposób było tego wieczora zatrzymać. „Dzieła zniszczenia” dokonał Maxim Mikhailov, morderczym atakiem z prawego skrzydła.
Po ostatniej piłce, z drugiego w historii tytułu mogli cieszyć się zawodnicy Sbornej – jak się okazało, wspólnie z większością kibiców zgromadzonych w Ergo Arenie, którym najwyraźniej znudziło się już nieco niepodzielne rządzenie Brazylii na światowych parkietach. Canarinhos ciężko było pogodzić się z porażką, jednak przyjęli ją z godnością.
- Po skończonym meczu Sérgio podszedł do nas, mówiąc: „nie jesteśmy maszynami, inni też są w stanie wygrać”. Rosja była lepsza w tym turnieju i zasłużyła na zwycięstwo. Choć czasem detalami w grze rozstrzygaliśmy mecze na swoją korzyść, tym razem się nie udało – powiedział Giba, kapitan Brazylijczyków. – Jednak nie tylko złoto się liczy. Nigdy nie jest miło przegrywać, ale nie znaczy to, że wszystko, co robiliśmy do tej pory, nie ma znaczenia. To był finał na bardzo wysokim poziomie, jednak tym razem Rosjanie byli lepsi. Moim zdaniem, ten mecz był najbardziej emocjonującym pojedynkiem w ciągu ostatnich kilku lat. Jestem dumny z zaangażowania i poświęcenia mojej drużyny – dodał Giba.
Paradoksalnie, trener Rezende uważał, że brak zwycięstwa może pomóc drużynie. Od kilku lat, z powodu wygrywania przez Brazylijczyków niemal wszystkich turniejów, stali się niejako „faworytem z urzędu”. Przez przyzwyczajenie kibiców do ciągłych sukcesów, każde inne miejsce niż pierwsze jest traktowane jak porażka, co wiąże się z coraz większą presją ciążącą na zespole. – Musimy spojrzeć z perspektywy czasu na nasz występ w Lidze Światowej i wyciągnąć wnioski, niech ta przegrana będzie dla nas lekcją – powiedział trener. – Cały czas gramy z etykietką „najlepszej drużyny na świecie”. Niektórzy z moich młodych zawodników powiedzieli, że czują ulgę, a nie radość, gdy zakwalifikowaliśmy się do finału. Może teraz, dzięki zwycięstwu Rosji, spadnie z nas nieco ten ciężar i zmniejszy się presja kibiców, oczekujących od nas ciągłych wygranych, przeciwko coraz lepszym, czołowym reprezentacjom świata – zakończył Bernadinho.
Brazylijczycy jednak, nie mając zamiaru rozpamiętywać tej porażki, opuścili Gdańsk z podniesionymi głowami, myśląc już o kolejnych turniejach. A czekały ich jeszcze Mistrzostwa Ameryki Południowej, czyli pierwszy przystanek na drodze do Londynu, następnie Igrzyska Panamerykańskie i najważniejsza, najbardziej wymagająca impreza sezonu – Puchar Świata.
Nieprzerwana hegemonia w Ameryce Południowej
Po powrocie do kraju po Lidze Światowej, Brazylijczycy dostali trochę wolnego, by w połowie sierpnia zebrać się ponownie w ośrodku szkoleniowym Aryzão, mieszczącym się w Saquaremie. Nie oznacza to jednak, że przez cały ten czas mogli pozwolić sobie na leniuchowanie – wielu z nich trenowało ze swoimi nowymi klubami i uczestniczyło w meczach pokazowych, zaś zawodnicy SESI São Paulo, czyli Murilo, Sidão, Rodrigão, Wallace i Sérgio, wywalczyli złoto w Klubowych Mistrzostwach Ameryki Południowej. Do treningów po urazie stopy powrócił już Gustavo. Do zdrowia doszedł również Dante, który zdążył wyleczyć kontuzje i w pełni zregenerować siły. Niestety na uraz łydki skarżył się Giba. W tej sytuacji postanowiono, że przyjmujący opuści zbliżające się mecze towarzyskie, a jak się potem okazało, również mistrzostwa kontynentu, zaś specjalne zaproszenie na treningi dostał młody Ricardo Lucarelli, który bez wątpienia był jednym z najjaśniejszych punktów reprezentacji juniorów, walczącej niedawno w Mistrzostwach Świata.
Od czasu turnieju w Gdańsku, Canarinhos nie mieli okazji grać w żadnych meczach swoim pełnym, reprezentacyjnym składem. Zorganizowany więc został turniej w Rio de Janeiro, na który zaproszenia dostały reprezentacje Niemiec i Japonii. Przez tydzień drużyny rozegrały sporo sparingów, jednak odbywały się one za zamkniętymi drzwiami. Mecze z udziałem publiczności miały miejsce 27 i 28 sierpnia. W pierwszym meczu, w którym Brazylijczycy zagrali przeciwko Japonii, podopieczni Bernardo Rezende bez większych problemów wygrali 3:0. W trzecim secie na boisku zadebiutował Ricardo Lucarelli z kadry juniorów, swoje „pięć minut” miał także rozgrywający Raphael, który mimo regularnej obecności na liście powołanych do szerokiego składu, w ostatnim czasie raczej nie miał okazji zagrać w reprezentacyjnych barwach. O ile zwycięstwo nad Japończykami przyszło Brazylijczykom bez większych kłopotów, tak już pojedynek z Niemcami był dużo bardziej zacięty. Ostatecznie jednak zawodnicy trenera Rezende mogli cieszyć się z wygranej, oddając rywalom tylko jednego seta.
- Przepracowaliśmy całe dwa tygodnie, następnie graliśmy mecze towarzyskie. Po tych spotkaniach mogliśmy dopracować te elementy, które jeszcze nie wyglądały tak, jak powinny. Poprawy wymagała zagrywka, bowiem brakowało nam stabilności w tym elemencie, co jest niedopuszczalne. Skupiliśmy się też nad skutecznością ataków z kontry. Aktualnie przygotowujemy się już pod konkretnych rywali, w pełni skoncentrowani na zbliżającym się turnieju – analizował Bernardo Rezende.
Murilo potwierdził, że zespół jest na dobrej drodze. – Mecze towarzyskie pokazały nam, co jeszcze musieliśmy udoskonalić i widać już znaczne postępy. Prezentujemy coraz lepszą grę i mamy nadzieję, że ta tendencja wzrostowa będzie się utrzymywać do samego turnieju – mówił z optymizmem zawodnik.
Walka w Sul-Americano tak naprawdę toczyła się tylko o tytuł i prestiż – przepustkę na Puchar Świata miały dostać dwa najlepsze zespoły, więc od początku zakładano, że najpewniej będą to Brazylia i Argentyna. Ogromną sensacją byłaby sytuacja, w której na dwóch pierwszych stopniach podium znalazłby się ktoś inny. Brazylijczycy nie mieli zamiaru przerwać swojej dominacji na kontynencie – w całej historii imprezy triumfowali aż 27 razy. Na najwyższym stopniu podium nie stanęli tylko raz, w roku 1964. Rysa na szkle? Nic bardziej mylnego, w tym roku reprezentacja Canarinhos po prostu nie startowała w turnieju.
Do Cuiaby Brazylijczycy pojechali z Gibą i Gustavo, jednak ci dwaj zawodnicy byli poza zgłoszonym składem. Trenowali wspólnie z drużyną, by przez przerwę nie wypaść z formy przed Pucharem Świata.
Turniej był dla Brazylijczyków swego rodzaju „spacerkiem”. Każdego kolejnego przeciwnika gładko pokonywali 3:0, bez znaczenia, czy był to Urugwaj, Chile, Paragwaj, Kolumbia czy Wenezuela. Podczas gdy pozostałe zespoły toczyły ze sobą zaciekłe pojedynki, Brazylijczycy bez litości „wgniatali” swoich rywali w parkiet. Podobnie wyglądała sytuacja z reprezentacją Argentyny, choć ci często wygrywali sety mniejszą przewagą punktową. Jednak aż do ostatniego meczu, który okazał się być niejako meczem finałowym, obie drużyny miały czyste konto, bez straty choćby jednego seta.
Ostatni pojedynek był walką dwóch odwiecznych rywali na kontynencie – Brazylijczyków i Argentyńczyków, którzy rywalizują ze sobą w każdym sporcie. Tu już Canarinhos musieli się trochę napocić, bo reprezentacja Argentyny poczyniła w ostatnim czasie ogromny krok do przodu i nie była już łatwym przeciwnikiem. Oni też urwali Brazylijczykom ich pierwszego seta w trakcie turnieju – ale i ostatniego, bowiem ekipa Bernardinho dopingowana przez jedenaście tysięcy kibiców zwyciężyła 3:1, triumfując po raz dwudziesty ósmy. Wciąż niepokonani Canarinhos przyjęli kolejne złoto ku uciesze swoich rodaków, którzy licznie zgromadzili się w hali Aecim Tocantins i zgotowali im gorące owacje.
Wkrótce po Sul-Americano, drużyna zaczęła przygotowania do Pucharu Świata. W tym samym czasie, Seleção de Novos czyli kadra B, składająca się zarówno z młodych zawodników, oczekujących na swój moment w reprezentacji, jak i z tych, którzy nie zmieścili się w podstawowej kadrze, wspierana przez Bruno, Gustavo, Thiago i Mário, w meksykańskiej Guadalajarze walczyła w Igrzyskach Panamerykańskich. Ich celem była obrona złota sprzed czterech lat i nawet w takim składzie, zrealizowali go bez problemu, stając na najwyższym stopniu podium przed Kubą i Argentyną.
Z kolei ekipa SESI São Paulo udała się w podróż do... Kataru, na Klubowe Mistrzostwa Świata. Turniej nie był jednak dla nich udany, zakończyli go bowiem dopiero na czwartej lokacie.
Po powrocie do Brazylii, zarówno zawodnicy SESI, jak i Bruno oraz Gustavo, mogli dołączyć do reszty kolegów trenującej w Saquaremie i skupić się na przygotowaniach do najważniejszego turnieju w tym sezonie.
Jechali po złoto, walczyli o awans
Wygrać po raz trzeci z rzędu Puchar Świata – z takim nastawieniem Brazylijczycy jechali do Japonii. Awans na Igrzyska Olimpijskie traktowali jako coś tak oczywistego, że pewnie nie dopuszczali nawet możliwości zakończenia turnieju poza podium – zamiast tego chcieli jak zwykle bić się o najwyższe cele i obronić tytuł sprzed czterech lat. Niespodziewanie w trakcie rozgrywek musieli zweryfikować swoje aspiracje, bowiem o awans musieli walczyć do ostatniego meczu.
Pierwszym rywalem Canarinhos była drużyna z Egiptu. Rywal dość łatwy, co było dodatkowym atutem przy ich obawach w związku z meczem otwierającym turniej. Od czasu wrześniowego Sul-Americano, które dało im kwalifikację na Puchar Świata, nie rozegrali żadnych meczów, martwili się więc, czy złapią odpowiedni rytm meczowy. Na szczęście zwycięstwo przyszło im bez większego problemu. Zostało jednak ono okupione stratą Dante Amarala, który z powodu bólu mięśni brzucha opuścił boisko w połowie drugiego seta.
Następni w kolejce byli aktualni Mistrzowie Olimpijscy – reprezentacja USA. Rywal dla Brazylijczyków nieprzyjemny, bowiem nieraz „dał już im w kość” i po dwóch wygranych meczach w tegorocznej Lidze Światowej mówiło się nawet, że Amerykanie znaleźli sekretny sposób na Brazylijczyków. Jednak tym razem dobra znajomość rywala i przewaga psychiczna nie pomogła, bowiem wobec słabej dyspozycji dwóch głównych postaci amerykańskiej drużyny – Williama Priddy’ego i Claytona Stanleya, zwycięstwo Brazylijczycy odnieśli bez większego problemu.
Spotkanie z Włochami było długim i wyczerpującym pojedynkiem, który jednak nie stał na najwyższym poziomie. Po pięciu setach i niezliczonej ilości błędów po obu stronach, górą okazali się Włosi. Fatalnie grali Giba i Murilo, co nie wróżyło najlepiej na kolejne mecze – zwłaszcza na następny, który Brazylijczycy mieli rozegrać z Rosją.
Po dniu przerwy, nadszedł czas na mecz, który siatkarze z Ameryki Południowej określali mianem „wielkiego finału”. Mimo respektu dla pozostałych przeciwników, to właśnie Rosjan uważali za najgroźniejszego rywala. Po przegranym finale Ligi Światowej, chcieli rewanżu. – Mamy nadzieję, że spotkamy się ponownie z Rosjanami w Japonii i tam uda nam się ich pokonać – zapowiadał Murilo, świeżo po powrocie do kraju z finałów „Światówki”. O dziwo, mecz ten, choć zapowiadał się na długą i wyrównaną wymianę ciosów, zakończył się już po trzech setach – na korzyść podopiecznych Bernardo Rezende. Rosjanie wyraźnie byli tego dnia słabiej dysponowani, natomiast nawet spojrzenia Brazylijczyków mówiły same za siebie – byli zmotywowani jak nigdy, by odnieść zwycięstwo.
Następny był mecz z Chinami – chyba najgorszy w wykonaniu Brazylijczyków na tym turnieju. Możliwe, że zwycięstwo z poprzedniego dnia z tak silnym rywalem jak Rosja sprawiło, że byli zbyt pewni siebie. W meczu z Chińczykami zagrali zawodnicy rezerwowi i choć tyle się mówiło o równej i mocnej brazylijskiej czternastce, zagrali bardzo słabo. Ich brak koncentracji bez skrupułów wykorzystali Chińczycy, którym udało się wyszarpać aż dwa sety – były to dla tej drużyny pierwsze zwycięskie sety i pierwszy punkt w turnieju. Ostatecznie w tie-breaku górą byli Canarinhos, jednak stracony punkt mógł ich drogo kosztować.
Po kolejnym dniu przerwy, Brazylijczycy mierzyli się ze swoimi „dobrymi znajomymi” z Ameryki Południowej – Argentyńczykami. Mecz nie był zbyt trudny, bowiem trener Javier Weber postanowił zmienić nieco wyjściowy skład i pozwolić zagrać rezerwowym zawodnikom. Nie było w tym nic dziwnego – w przypadku braku awansu Brazylijczyków z Pucharu Świata, Argentyna w kwalifikacjach kontynentalnych miałaby marne szanse. Dzięki trzeciemu miejscu Brazylijczyków, Albicelestes będą mieli dużo łatwiejszą drogę do Londynu.
Następny był mecz z Kubą. Wicemistrzowie Świata nie mieli okazji zrewanżować się Brazylijczykom za finał ubiegłorocznego Mundialu w trakcie Final Eight, gdzie przegrali po zaciętym meczu dopiero w tie-breaku. Tym razem wykorzystali okazję i po również pięciosetowym boju, to oni byli górą.
Po Serbii w kontekście meczu z trzykrotnymi Mistrzami Świata chyba nikt nie oczekiwał zbyt wiele. Aktualni Mistrzowie Europy do tej pory spisywali się na Pucharze Świata znacznie poniżej oczekiwań, tracili punkty z dużo słabszymi rywalami. Niespodziewanie, w meczu z Brazylią zagrali na poziomie podobnym do tego, jaki prezentowali we wrześniowym czempionacie, a prowadzący ich do zwycięstwa Ivan Miljković dyktował warunki rywalom, którzy nie mieli zbyt wiele do powiedzenia.
Po trzech rundach sytuacja Brazylijczyków nie wyglądała najlepiej. Jak na nich, można powiedzieć, że wyglądała nawet gorzej, niż źle. Było już jasne, że szanse na obronę tytułu są znikome, natomiast o awans przyjdzie im ciężko walczyć. W klasyfikacji wyprzedzali ich Włosi, z którymi „korespondencyjnie” toczyli batalię o ostatnią, trzecią przepustkę do Londynu. Jakiekolwiek potknięcie w trzech ostatnich meczach oznaczałoby tylko jedno – miejsce poza podium i powrót do kraju w roli wielkich przegranych. Na dodatek, ich sytuacja nie zależała tylko od nich samych, ale również od wyników pozostałych drużyn z pierwszej czwórki.
Pierwszym rywalem Canarinhos w ostatniej rundzie była reprezentacja Iranu, czarny koń turnieju. Jednak dzięki odpowiedniej motywacji, zwycięstwo przyszło Brazylijczykom dość łatwo. Po raz pierwszy od czasu odniesienia kontuzji, w meczowej dwunastce pojawił się wreszcie Dante, chociaż nie dostał szansy wejścia na parkiet.
W kolejnym pojedynku, po przeciwnej stronie siatki stanęła ekipa Biało-Czerwonych. Polakom brakowało jednego punktu, by zapewnić sobie awans na Igrzyska. Brazylijczyków każdy stracony set od tego awansu oddalał i grali „o wszystko”. Dwie pierwsze partie w meczu toczyły się pod dyktando drużyny Anastasiego. W ofensywie Canarinhos byli niemal zupełnie bezradni, ataki Giby, Murilo czy Vissotto raz za razem były zatrzymywane blokiem Nowakowskiego i Możdżonka. Polacy „dostali skrzydeł” i pewnie wygrali 2:0, zdobywając bilet do Londynu. Po drugim secie ich euforia była ogromna, choć mecz się jeszcze nie skończył. Wiele jednak wskazywało na to, że wkrótce to nastąpi – w trzeciej partii Biało-Czerwoni prowadzili już 13:8, a zagubieni i rozbici Brazylijczycy nie byli w stanie im się skutecznie przeciwstawić. Choć sytuacja wyglądała dla „Kanarkowych” beznadziejnie, trener Bernardinho przerwał grę, następnie za Marlona wpuścił na rozegranie Bruno. – Sérgio powiedział mi, że nadszedł czas, aby wstrząsnąć tym meczem – miał powiedzieć później młodszy Rezende. Słuchając posłusznie starszego kolegi, Bruno wstrząsnął. Kilka bloków z rzędu na wyższym o 21cm Możdżonku robiło wrażenie, a jego aż przesadzona radość przywróciła Brazylijczykom wiarę w zwycięstwo. Podnieśli się z tak trudnej sytuacji niczym feniks z popiołów, pokazując, że będą walczyć do ostatniej piłki. I opłacało się. Polacy najwyraźniej za wcześnie ucieszyli się z awansu i po tych dwóch setach myślami byli już w Londynie, bo ani się obejrzeli, kiedy Canarinhos wyrównali 13:13, szybko wyszli na prowadzenie, aby seta wygrać 25:18. I nie zamierzali zwalniać tempa, bo oto właśnie ważyło się ich „być albo nie być” w kontekście finałowej trójki. Biało-Czerwoni próbowali jeszcze odwrócić losy spotkania ponownie na swoją korzyść, ale w Brazylijczyków wstąpił prawdziwy duch walki. Nie przypominali już tych zagubionych zawodników z dwóch pierwszych partii, znów byli sobą – tą wielką drużyną, która na boisku robiła, co chciała. Wygrali również kolejnego seta, doprowadzając do tie-breaka. W finałowej odsłonie początkowo gra toczyła się po ich myśli, jednak Polakom udało się wyrównać wynik 12:12. Jednak Canarinhos zdobyli trzy punkty z rzędu, w tym jeden bezpośrednio z zagrywki w wykonaniu Lucasa, nie zostawiając rywalom żadnych złudzeń. Nadal liczyli się w walce o podium.
Aby podbić swoje paszporty pieczęciami na wyjazd do Londynu, musieli jeszcze wygrać w ostatnim meczu z Japonią, koniecznie za trzy punkty. Zadanie ułatwili im nieco Włosi, tracąc seta w pojedynku z Iranem, dzięki czemu nawet wynik 3:1 nie odebrałby Brazylijczykom nadziei na awans. Jednak nie było to konieczne – dość pewnie wygrali w trzech setach i mogli świętować, choć zajęli „zaledwie” trzecie miejsce.
„Zaledwie”, jednak cel minimum został zrealizowany. Brazylijczycy zagrali słabo, jak na swoje możliwości – po trzykrotnych Mistrzach Świata można było spodziewać się czegoś więcej. Nie do końca sprawdziły się głosy ekspertów, jakoby Brazylia miała najmocniejszą czternastkę – po kontuzji Dante Amarala na przyjęciu niemal w każdym meczu występowała para Giba i Murilo – dwójka bardzo doświadczonych, ale i nie najmłodszych już graczy. Zbyt wiele szans gry nie dostali Rodrigão i Gustavo, których zmiany nie przynosiły oczekiwanych rezultatów – pierwszy większość meczów spędził w kwadracie dla rezerwowych, natomiast drugi za bandą reklamową, w ogóle nie łapiąc się do meczowej dwunastki. Zmęczenie z każdym pojedynkiem dawało o sobie znać coraz bardziej, częste rotacje na pozycji atakującego i ogólne falowanie formy przyczyniły się do końcowego, nie najlepszego mimo wszystko, rezultatu. Po dwóch porażkach w trzeciej rundzie, pomogło im doświadczenie, opanowanie i sporo szczęścia – niewiele przecież brakowało, by pojedynek z Polakami zakończył się triumfem Biało-Czerwonych. Canarinhos pokazali jednak, że warto, bez względu na wszystko, walczyć do samego końca.
Konflikty... Jakie konflikty?
Porażka w Lidze Światowej nie mogła w brazylijskich mediach przejść bez echa. Choć reprezentacja Rosji była wyraźnie lepsza, niektórzy przyczyn dopatrywali się w pozasportowych kwestiach. W dziesięcioletniej, niemal absolutnej dominacji Canarinhos na światowych parkietach, jedynie rok 2008 był bardziej nieudany – podopieczni trenera Rezende przegrali wtedy zarówno finał Ligi Światowej, rozgrywany w dodatku przed własną publicznością, kiedy nie stanęli nawet na podium, jak i najważniejszą imprezę dla sportowca – Igrzyska Olimpijskie, na których w finałowym meczu ulegli drużynie USA. Powód? Na pewno spory udział miało w tym wykluczenie z kadry rozgrywającego Ricardo, konflikt między nim, a trenerem i resztą drużyny oraz negatywna atmosfera wokół reprezentacji po tym zdarzeniu, a na dodatek liczne kontuzje.
Tym razem wystarczyło jedno potknięcie, by doszukiwać się sensacji. W wymyślaniu i nagłaśnianiu wszelkiego typu konfliktów prym wiódł jeden z brazylijskich dziennikarzy, aktualnie piszący na blogu. Według niego, przyczyną wyniku finałowego meczu był konflikt na linii Giba – trener. Przyjmujący miał mieć pretensje do szkoleniowca, że ten nie wpuszcza go na zmiany, choć był w pełni zdrowia i sił. Po opuszczeniu jednego weekendu „Światówki”, by wypełnić zobowiązania wobec sponsora, Giba podobno porządnie rozzłościł Bernardinho, choć ten został o fakcie powiadomiony. W ramach „kary”, przyjmujący na zmiany wchodził jeszcze rzadziej, co (znów podobno) bardzo mu się nie spodobało i otwarcie to demonstrował, zwłaszcza w trakcie meczów finałowych. Wykorzystując sytuację, żalić miał się również Marlon, ubolewając, że trener Rezende faworyzuje swojego syna, a jemu pozostaje rola wiecznego zmiennika, niezależnie od tego, jaką formę ma on, a jaką Bruno. Według plotek, reprezentacja miała podzielić się na dwa obozy – starsi trzymali stronę pokrzywdzonego rozgrywającego i Giby, zaś młodsi byli po stronie trenera. Parę dni po ukazaniu się wpisu przedstawiającego rzekome konflikty, Marlon udzielił wywiadu, w którym wszystko zdementował.
Nie przeszkodziło to jednak w tworzeniu kolejnych rewelacji. Konflikt między Gibą a Rezende miał się nasilać, dodatkowo Giba podobno wkroczył na wojenną ścieżkę również z synem trenera. Według brazylijskich mediów, Rezende w ramach „zemsty” za sprzeciwianie się i podburzanie innych zawodników, miał nie wziąć Giby na Puchar Świata. Jakby na potwierdzenie tych słów, nadarzyła się „wspaniała” okazja – przed Sul-Americano Giba skarżył się na ból łydki, a sztab medyczny orzekł, że lepiej będzie, jeśli doświadczony przyjmujący opuści ten turniej i w pełni wyleczy się do najważniejszej imprezy w sezonie. Jednak to miała być tylko „oficjalna” wersja, zaś prawdziwym powodem absencji Giby w czempionacie kontynentu miała być złośliwość trenera. Bernardinho podobno miał bowiem nie tylko wykreślić Gibę ze składu na Puchar Świata, ale także uniemożliwić mu wyjazd na Igrzyska Olimpijskie w Londynie, które dla przyjmującego będą szczególne – będzie to bowiem jego ostatni turniej w barwach reprezentacji Brazylii. Pojawiły się zatem głosy, że być może publikowane wpisy są tak naprawdę jego sprawką, aby jeszcze przed Olimpiadą... zwolnić trenera. Konflikt rzekomo urósł do tak dużych rozmiarów, że Gibie w zamian za milczenie, Brazylijska Konfederacja Siatkówki miała zaproponować stanowisko po zakończeniu kariery.
Jednak wbrew zapowiedziom, Giba do Japonii poleciał. Mało tego, niemal cały turniej rozegrał, będąc w wyjściowej szóstce i nie było to spowodowane tylko i wyłącznie kontuzją Dante. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że to głównie jemu drużyna zawdzięcza upragniony awans do Londynu, bowiem wspólnie z Murilo w większości meczów trzymał zarówno grę w ofensywie, jak i w defensywie. Mogłoby się wydawać, że „kryzys” został zażegnany...
Gdyby nie mecz z Argentyną. Doszło w nim do sprzeczki między Sérgio i trenerem. Początek dyskusji, która przerodziła się w kłótnię, nie został jeszcze uchwycony przez kamery. Gra nie układała się Brazylijczykom po ich myśli i uwagi trenera zdenerwowały Murilo, który pierwszy podniósł głos, zaś Sérgio chciał bronić kolegę przed gniewem Bernardinho. W rezultacie między nim a trenerem wywiązała się dość nerwowa wymiana zdań, w której padło wiele ostrych słów. Murilo dawno już powrócił na boisko, ale libero, wyraźnie rozzłoszczony, nie chciał dać za wygraną. Podobnie było ze szkoleniowcem, który znany jest ze swojego wybuchowego temperamentu. Sytuację starał się załagodzić Giba, odciągając Sérgio od trenera. Ten niespełna minutowy fragment meczu pojawił się w dziesiątkach kopii na YouTube i wywołał prawdziwą sensację. Internauci bez litości krytykowali Sérgio i jego zachowanie, zarzucając mu brak szacunku do trenera, brak wychowania, oraz – jak na ironię – obrzucając go stekiem wyzwisk. Niejednokrotnie pojawiały się komentarze, że libero, będący na swojej pozycji w ścisłej światowej czołówce od lat, powinien natychmiast zostać usunięty z reprezentacji. Jak można się było spodziewać, sytuacja wywołała kolejną lawinę pogłosek, że Brazylia się kończy, drużyna rozpada się od środka, w „wielkiej rodzinie” nastał kryzys jakiego świat nie widział i wszyscy nawzajem skaczą sobie do oczu.
Po powrocie do kraju, zawodnicy zamieszani w awanturę zostali „przepytani” przy pierwszej nadarzającej się okazji – na oficjalnej inauguracji Superligi. Sérgio zbagatelizował sytuację z uśmiechem, dodając jednocześnie, że mniejsze lub większe sprzeczki w drużynie nie są niczym dziwnym, jednak mają miejsce bez obecności telewizyjnych i dziennikarskich kamer – Myślę, że to była normalna meczowa dyskusja, taka sama, jaką odbywamy codziennie na treningach... po prostu prasa nie ma dostępu do wszystkich treningów, na których zdarzają się nawet gorsze rozmowy niż ta! – Murilo przyznał, że stracił panowanie nad sobą, biorąc na siebie odpowiedzialność za zaistniałą sytuację – Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia sprzeczka, w jakiej ktokolwiek uczestniczył przeciwko Bernardinho. Osobą, która to wszystko zaczęła, byłem ja. Mecz był dość nerwowy, ciążyła na nas presja wyniku... Straciłem cierpliwość i odpowiedziałem na zarzuty trenera. Sérgio stanął pomiędzy nami, próbując mnie bronić. Niedługo później trener zdjął mnie z boiska i wtedy go przeprosiłem. To nie było nic nadzwyczajnego. Po meczu spotkaliśmy się w trójkę, by do końca rozwiązać tę sprawę i to już zamknięty rozdział. Najważniejsze jest to, że Bernardo jest profesjonalistą i nigdy nie bierze takich słów do siebie. Kiedy przeprosiłem, zapytał: "A ile razy ja sam straciłem głowę? To normalne, jesteśmy tylko ludźmi!" – Jak można było przypuszczać, w mediach kłótnia urosła do ogromnych rozmiarów, podczas gdy w rzeczywistości już na drugi dzień jej uczestnicy zdążyli puścić zdarzenie w niepamięć. Sami zawodnicy zgodnie zaprzeczali, żeby w drużynie miały miejsce jakiekolwiek poważne zgrzyty i wszelkie plotki o kryzysie w drużynie i wewnętrznych konfliktach okazały się mocno przesadzone, zarówno te bieżące, jak i te z Gibą w roli głównej. Rewelacje dziennikarza siatkarze komentowali dość dobitnie i wręcz wyśmiewali, zastanawiając się, kiedy przekwalifikował się on na bajkopisarza. Gdyby dokładniej przeanalizować wszystkie teorie spiskowe, można by zauważyć, że niektóre z nowych wręcz zaprzeczały tym poprzednim. Wiarygodności na pewno odejmuje też fakt, że ów dziennikarz od wielu lat chowa urazę do Bernardinho, kiedy ten trenując jeszcze żeńską reprezentację, nie zabrał na Igrzyska Olimpijskie jego żony... Jednak z powodu ogromnej rzeszy czytelników bloga, nieistniejące w rzeczywistości afery utwierdzały „życzliwych” w przekonaniu – Wielka Brazylia się kończy.
Kontuzje, problemy... Brak powodów do optymizmu
Zakończenie Ligi Światowej ze srebrem zostało jeszcze uznane za potknięcie, wypadek przy pracy. Rosjanie wygrywali prawie z każdym rywalem bez wyjątku, a finałowy mecz zakończył się dopiero po tie-breaku, który często jest loterią. Atmosferę wokół drużyny skutecznie psuły kolejne rozdmuchiwane rzekome konflikty, które nie napawały optymizmem w kontekście zbliżającej się najważniejszej imprezy sezonu. I chociaż następne turnieje w wykonaniu męskiej kadry mogły już przywrócić nadzieję na powrót Brazylijczyków na siatkarski szczyt, Puchar Świata dość boleśnie przekreślił te zamierzenia.
„Brazylia się kończy!”, „to koniec potęgi Brazylii!”, „kolos upada!” i tym podobne hasła można było przeczytać niemal wszędzie, zwłaszcza na przełomie listopada i grudnia. Co prawda dopiero po rozpoczęciu sezonu ligowego, na jaw wyszło, z iloma problemami zdrowotnymi tak naprawdę zmagali się „Kanarkowi” i jak drogo kosztował ich awans – Giba na ligowe parkiety wkroczy dopiero w połowie lutego, jeśli rehabilitacja przeciążonej łydki przebiegać będzie zgodnie z planem, problemy z kolanem ma środkowy Rodrigão, oszczędzany jest również Murilo, a w trakcie turnieju nie najlepiej czuł się Vissotto. Mordercza formuła rozgrywek musiała odbić się na zdrowiu, a z uwagi na wiek czołowych zawodników i niewiele zmian na większości pozycji, Brazylijczycy odczuli to dość boleśnie. Dante z powodu kontuzji mięśni brzucha, znaczą część turnieju oglądał wraz z częścią sztabu szkoleniowego zza band reklamowych. A to jedynie bilans ostatniego miesiąca. W ciągu całego sezonu reprezentacyjnego, dłuższe lub krótsze przerwy mieli: Murilo, z uwagi na problemy rodzinne, Giba, cały czas zmagający się z tym samym, powracającym urazem, Dante, długo leczący kontuzje, jakich nabawił się w lidze rosyjskiej, Gustavo, który przez połamane kości śródstopia opuścił pół sezonu i Vissotto, któremu dokuczał ból pachwiny. Pech nie opuszczał ich w tym roku i patrząc przez pryzmat wszystkich urazów i innych problemów, osiągnięte wyniki wcale nie wydają się już takie złe – wszak na każdej imprezie tak czy inaczej, stanęli na podium.
Bilans zysków i strat
Nie tylko męskiej reprezentacji seniorów nie powiodło się w tym roku. Zawiedli również juniorzy, którzy na organizowanych w Brazylii Mistrzostwach Świata, zajęli dopiero piątą lokatę. Podobnie sytuacja wyglądała z juniorkami, które ukończyły swój turniej na drugim miejscu, przegrywając finałowy mecz z Włoszkami. Wynik Ligi Światowej jest chyba wszystkim doskonale znany. Żeńskiej kadrze w World Grand Prix nie udało się odzyskać straconego przed rokiem złota i Brazylijki ponownie uległy reprezentacji USA. Wydawało się, że punktem zwrotnym i przełamaniem złej passy będą zarówno żeńskie, jak i męskie Sul-Americano, gdzie obie drużyny stanęły na najwyższym stopniu podium. Na Igrzyskach Panamerykańskich również Brazylia triumfowała w rozgrywkach męskich i żeńskich. Ale już Puchar Świata był rozczarowaniem – w przypadku kobiet jeszcze większym, bo piąte miejsce na pewno nie było tym, czego oczekiwano. Jedynie siatkarze plażowi wygrywali wszystko, co było do wygrania, w kategoriach męskich Emanuel i Alison, zaś w żeńskich Juliana i Larissa. Wszyscy jednak zgodnie twierdzą, że rok przedolimpijski jest rokiem najtrudniejszym – może warto więc wstrzymać się jeszcze z głoszeniem opinii, że „Brazylia się kończy”, skoro wciąż jest liderem w rankingu FIVB...
O komentarz dotyczący zakończonego niedawno roku, poproszony został rozgrywający Bruno. Daleki jest od optymizmu, jednak nie krytykuje zbytnio swojej drużyny. – Oczywiście, że mogło być lepiej, ale w ogólnej ocenie, ten rok był dość dobry. Wywalczyliśmy złoto w Igrzyskach Panamerykańskich, utrzymaliśmy naszą nienaruszoną pozycję w Sul-Americano. Dodatkowo, zagwarantowaliśmy sobie udział w Igrzyskach Olimpijskich, co było naszym głównym celem na ten sezon. Dotarliśmy do finału Ligi Światowej i stanęliśmy na podium w Pucharze Świata. Dodatkowo, pokonaliśmy w nim obie drużyny, które zajęły dwa pierwsze miejsca – zarówno Polskę, jak i Rosję – analizował rozgrywający.
Jeśli tylko Brazylijczyków omijać będą kontuzje, największym wyzwaniem będą nie tyle Igrzyska Olimpijskie, co sezon 2013. Definitywne zakończenie kariery reprezentacyjnej zapowiedział jeden z najbardziej rozpoznawalnych siatkarzy świata, należący już do grona najlepszych w historii – Giba, niewykluczone, że w drużynie nastąpi większa zmiana pokoleniowa i odejdą najbardziej doświadczeni gracze – Gustavo i Sérgio mają już po 36 lat! W dodatku rywale znacznie podnieśli swój poziom i depczą im po piętach. O ile jeszcze kilka lat temu Canarinhos byli niedoścignionymi gigantami, zawsze kilka kroków przed resztą siatkarskiego świata, tak teraz sporo drużyn znacznie się do nich zbliżyło. Krok naprzód rywali, czy krok w tył Brazylijczyków? Raczej wariant numer jeden, wszak wytrzymałość ludzkiego organizmu ma swoje granice i czasami po prostu nie da się już skakać wyżej, zagrywać mocniej, czy wbijać bardziej morderczych siatkarskich „gwoździ”. Ci, którym znudziła się już dominacja Brazylii, mogą poczuć się usatysfakcjonowani, bowiem choć wciąż stawiani w roli faworytów, Canarinhos nie mogą już być tak pewni kolejnych sukcesów.
Rumo ao décimo, rumo a Londres!
Tego roku Brazylijczycy raczej nie będą wspominać najmilej. Choć udało im się zrealizować postawione sobie cele, były to zaledwie cele minimum, ci zaś zawsze mają ambicje walczyć o złoto. Jednak nie ma sensu rozpamiętywać przeszłości i poniesionych porażek, ale zamiast tego wyciągnąć z nich wnioski i wyeliminować ich przyczyny i pozbyć się niedociągnięć, o co na pewno zadba trener Rezende, perfekcjonista w każdym calu.
Canarinhos czeka już za kilka miesięcy najważniejszy turniej dla każdego sportowca – Igrzyska Olimpijskie. W Londynie 28 lipca rozpoczną walkę o odzyskanie utraconego w Pekinie złota. Przed Olimpiadą polscy kibice znów będą mieli okazję zobaczyć w akcji Mistrzów Świata, ponieważ wiadomo już, że Brazylijczycy, obok Finów i Kanadyjczyków, zagrają z nami w grupie w trakcie Ligi Światowej. Rozgrywki (w zmienionej w tym roku formule) rozpocznie turniej w Kanadzie, następnie drużyny z grupy B udadzą się do Brazylii. Kolejny trzydniowy turniej odbędzie się w Polsce, od 22 do 24 czerwca. Ostatnim przystankiem przed Final Six będzie Finlandia. Finał „Światówki” tym razem będzie miał miejsce w od 4 do 8 lipca w Sofii, stolicy Bułgarii, gdzie siatkarze z Ameryki Południowej będą się starali odnieść dziesiąte zwycięstwo. Nie udało im się to tym razem, być może uda się następnym.
Bowiem zdarzały się im już potknięcia i słabsze okresy, jak wspomniany wcześniej rok 2008. Już w następnym sezonie reprezentacyjnym triumfowali w kolejnej Lidze Światowej, przegrywając w trakcie całego turnieju tylko jeden mecz (2:3 z Finlandią) oraz w Pucharze Wielkich Mistrzów, a w kolejnym – ponownie w Lidze Światowej i po raz trzeci z rzędu w Mistrzostwach Świata. Kibice Canarinhos powinni być więc dobrej myśli, wszak zawsze po burzy wychodzi słońce...
* opracowała Katarzyna Tybor (PrzegladLigowy.com)
Wykop
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
Nie pamiętasz hasła? Nowe hasło
Chcesz być powiadomiany/a o nowościach? Zapisz się do Newslettera.