Liga Światowa | 2011-05-31 20:29:12 | Nadesłał: Sylwia Kuś-Vega | Źrodlo: inf. własna
- Amerykanie to drużyna, której filozofia to nie popełniać błędów, ograniczać je, jak tylko się da. I w tym drugim meczu, mylili się bardzo rzadko - analizuje przyczyny sobotniej porażki z reprezentacją USA, rozgrywający kadry Polski, Paweł Woicki. Podopieczni trenera Andrei Anastasiego przegrali stosunkiem 0:3.
W pierwszym meczu 3:0, w drugim 0:3. Los bywa przewrotny... Chyba nie takiego wyniku się spodziewaliście.
Paweł Woicki: - Szczerze mówiąc, wychodząc na parkiet nie zastanawialiśmy się nawet jaki będzie wynik tego drugiego meczu z Amerykanami. Chcieliśmy po prostu zagrać równie dobre spotkanie jak w piątek, choć wiedzieliśmy, że będzie to ciężkie zadanie. Przede wszystkim jednak chcieliśmy zrealizować nasze założenia taktyczne nad którymi pracujemy na treningach, sprawić by nasza gra była spójna. Niestety, w sobotę było z tym rożnie, co nie zmienia faktu, że to drugie spotkanie było dla nas ważniejsze. Zespół buduje się, tworzy się wtedy, kiedy na jego drodze pojawiają się problemy.
W sobotę, w hali Atlas Arena widzieliśmy zupełnie inną ekipę USA jak w piątek. Czemu przypisać ten fakt?
- Myślę, że przyczyniła się do tego nasza zagrywka - nie tak dobra jak w piątek, przez co rywale mogli rozwinąć skrzydła. Pierwszego dnia ta zagrywka była na tyle skuteczna, że utrudniała Amerykanom grę. W kolejnym meczu wyglądało to już inaczej, nieźle przyjmowali nasz serwis. Myślę, że miało to duży wpływ na końcowy wynik.
Co jeszcze przeważyło o tak szybkiej wygranej Amerykanów?
- Amerykanie to drużyna, której filozofia to nie popełniać błędów, ograniczać je, jak tylko się da. I w tym drugim meczu, mylili się bardzo rzadko. Kolejna sprawa: rywale byli bardzo dobrze przygotowani do tego spotkania, wiedzieli już jak rozegrać je taktycznie. A my? No cóż, za sprawą tej porażki wiemy, że mamy nad czym pracować.
Suche 0:3 nie odzwierciedla waszej imponującej walki w trzeciej partii. Zwycięstwo w niej było blisko, bardzo blisko...
- Liczyliśmy, że wygramy tę partię, ale niestety - Amerykanie nas "zgasili". Tak jak mówię, wierzyliśmy, że wyciągniemy tego seta, że doprowadzimy do tie-breaka. Tak naprawdę, po tej trzeciej partii, mecz rozpocząłby się na nowo. O tym, że przegraliśmy jednak 0:3, zadecydował fakt, że w decydującym momencie, straciliśmy dwa punkty. Czy była to wina złego wyboru rozegrania, czy złego ataku, ciężko powiedzieć - tak po prostu się to potoczyło. Przeciwnicy zapisali dwa punkty pod rząd i to oni wygrali tego seta.
Wasz aktualny bilans po dwóch spotkaniach to jedna wygrana i jedna porażka. Są powody do zadowolenia?
- Trudno to ocenić, trudno powiedzieć czy jesteśmy zadowoleni, czy nie. Koncentrujemy się tylko na tym, że chcemy grać, wygrywać. Na podsumowania, na bilanse naszych spotkań, przyjdzie jeszcze czas po zakończeniu tegorocznych rozgrywek Ligi Światowej. Jedyne co możemy ocenić na dzień dzisiejszy, to czy jesteśmy zadowoleni z własnej gry. Po tym pierwszym meczu tak, po tym drugim zdecydowanie nie.
Wiele osób z zaciekawieniem śledzi twoją rywalizację z Łukaszem Żygadło o status pierwszego rozgrywającego. Jak widać, Anastasi ufa i tobie, i jemu.
- Osobiście bardzo nie lubię słowa "rywalizacja". O rywalizacji można byłoby mówić, gdybyśmy stanęli na ringu i "tłukli" się na pięści, w ten sposób walcząc o to, który z nas będzie grał (uśmiech). Nic takiego nie ma miejsca. Wszystko zależy od decyzji trenera. My po prostu dajemy z siebie "maksa", chcemy jak najbardziej pomóc tej drużynie.
Kadra trenera Anastasiego, to kadra oparta przede wszystkim na młodych zawodnikach. Jak na razie, swoją postawą nie przynoszą wam wstydu.
- Tak, oparta na młodych, ale jednocześnie solidnie ogranych już w lidze. Teraz mają okazję pokazać się w kadrze, pokazać się z jak najlepszej strony. Cały czas czujemy niestety ich oddech na plecach. Mówię "niestety", bo fajnie byłoby gdyby miejsce w reprezentacji było zapewnione dożywotnio, żeby tę dyscyplinę uprawiało jak najmniej ludzi (uśmiech). Wtedy zawsze można byłoby grać dla tych kilkunastu tysięcy kibiców.
Jak grało wam się przed łódzką publicznością? Choć kibice nie zawiedli i tłumnie zjawili się w Atlas Arenie, kompletu na trybunach nie było.
- Nie ma co ukrywać, że zawsze dobrze gra nam się przy naszej publiczności. Możemy tylko cieszyć się z faktu, że ludzie chcą oglądać siatkówkę. A co do frekwencji... Wchodząc na halę widać było, że nie była do końca pełna, ale czy kibicuje nam osiem, czy dwanaście, czy piętnaście tysięcy osób, ten doping wygląda w miarę podobnie.
* Rozmawiała Sylwia Kuś - przegladligowy.com
Wykop
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
Nie pamiętasz hasła? Nowe hasło
Chcesz być powiadomiany/a o nowościach? Zapisz się do Newslettera.