Najnowsze newsy

Siatkówka » Ligi polskie

Ligi polskie | 2010-01-31 22:38:16 | Nadesłał: Anna Gumowska | Źrodlo: inf. własna

Czy wzejdzie słońce nad wrocławską siatkówką?

fot.: Anna Gumowska

Oczywistym jest, że w Polsce II. liga siatkówki nie cieszy się takim powodzeniem jak PlusLiga. Niemniej jednak także kluby z „zaplecza” mają wiernych kibiców, którzy chętnie pojawiają się na spotkaniach. Niestety ze względu na mniejsze zainteresowanie w niższych ligach częściej pojawiają się problemy. Jednym z tych zespołów, o którego kłopotach finansowych było ostatnio głośno jest Burza Wrocław.

Zarejestruj się!

Rzadko zdarza się, żeby klub pozbawiony sponsorów i jakichkolwiek środków finansowych osiągał tak dobre wyniki jak ten ze stolicy Dolnego Śląska. Niestety, cierpliwość każdego kiedyś się kończy. Problemy z płatnościami ciągnące się już od września w końcu odbiły się na osiągnięciach zespołu. Ciężko bowiem grać, wiedząc, że to wszystko może się lada moment rozpaść. Równie trudno prezentować się z dobrej strony bez treningów, własnej hali, odpowiedniego przygotowania fizycznego, czy wynagrodzenia za wykonaną pracę. Nie da się tego jednak zapewnić bez profesjonalnego podejścia władz klub. W końcu zawodnicy powiedzieli „dość!” i z zespołu odeszło czterech kluczowych siatkarzy...

Po kilku „fałszywych alarmach” rozpad Burzy Wrocław stał się więc faktem. Zespół został oficjalnie wycofany z drugoligowych rozgrywek w ostatnim tygodniu stycznia, a wszystkie jego mecze w drugiej rundzie zostały anulowane. Część siatkarzy już w grudniu znalazła sobie nowe kluby. Krzysztof Janczak – kapitan i II. trener Burzy – przeszedł do pierwszoligowego Jaworzna. Bezdyskusyjnie ten transfer okazał się sporym wzmocnieniem śląskiego klubu. Kolejny, podstawowy zawodnik wrocławskiej ekipy – Wojciech Szczurowski znalazł zatrudnienie w Nysie – zespole, który podobnie jak Jaworzno, walczy o utrzymanie na pierwszoligowych parkietach. Nie wszyscy jednak mieli to szczęście. Niektórym szansę zmiany klubu odebrał prezes, licząc na to, że uda mu się utrzymać drużynę w lidze. Łukasz Karpiewski, jako zawodnik wypożyczony z Gwardii Wrocław, grający na tzw. „certyfikacie” miał małe pole manewru, kiedy zaczęły się kłopoty Burzy. Propozycję przejścia do AZSu Nysa wraz ze Szczurowskim musiał odrzucić, gdyż Mariusz Fijałkowski oficjalnie zespołu z rozgrywek nie chciał wycofać. Zablokowało to zatem możliwość zmiany barw klubowych zarówno Łukaszowi, jak i obiecującemu libero - Adrianowi Mihułce (także wypożyczenie z Gwardii Wrocław przyp. red.). Kilku innych siatkarzy w środku sezonu pozostało bez pracy. Do tego grona należą Mariusz Dutkiewicz, Tobiasz Łyczywek, Robert Nowakowski, Paweł Grzywacz oraz Piotr Deszcz. Jeden, zasmucony i zmęczony całą sytuacją oraz zamieszaniem wokół klubu, prawdopodobnie zakończy siatkarską karierę, mimo iż ma dopiero 25 lat. - Przyczyną upadku Burzy nie był chyba zarzucany siatkarzom brak stabilizacji emocjonalnej, lecz jednak brak tej drugiej stabilizacji, na którą siatkarze nie mieli już żadnego wpływu. Należnych nam pieniędzy nadal nie otrzymaliśmy i obawiam się, że możemy ich już nie zobaczyć - ubolewa przyjmujący Piotr Deszcz. - Burza Wrocław była zespołem, który w perspektywie czasu miał szansę zawalczyć o wyższe cele. W jednym miejscu i w jednym czasie spotkała się bowiem grupa ludzi, której forma sportowa z tygodnia na tydzień wzrastała wprost proporcjonalnie do upadku mentalnego - kończy zawodnik. Mimo problemów, których symptomy było widać już we wrześniu i październiku, zawodnicy walczyli o kolejne ligowe punkty. Objęli pozycję lidera grupy II, wygrywając trzynaście spotkań i ulegając w pierwszych 15. kolejkach II-ligowych zmagań jedynie ekipie MKS-u Sudety Meblomarket Kamienna Góra. Warto zauważyć, że każde z trzynastu zwycięstw przynosiło drużynie 3 punkty, gdyż nie rozegrali oni ani jednego tie-breaka. W grudniu jednak cierpliwość kilku zawodników się skończyła i na mecz 18. kolejki pojechało już tylko ośmiu siatkarzy. Rozegrano go zresztą - dzięki uprzejmości przeciwników - w Kamiennej Górze, a nie na boisku Burzy, gdyż zaległości finansowe prezesa Fijałkowskiego wobec właścicieli hali w Brzegu Dolnym nie pozwoliły mu wynająć obiektu po raz kolejny. - Uprawianie sportu dla przyjemności, amatorskie różni się od wyczynowego tym, że w wyczynowym udział bierze także rodzina siatkarza, którą on musi za coś utrzymać. Odbijanie piłki nadal pozostaje pasją, ale staje się także pracą taką samą, jak każda inna. Pracą, za którą powinno się otrzymywać należne i potwierdzone kontraktem wynagrodzenie - kontynuuje Piotr Deszcz. - Wkładanie w grę serca, wysiłku i rzetelne wypełnianie swoich obowiązków na treningach i podczas meczów powinno skutkować równie rzetelnym i odpowiedzialnym traktowaniem zawodników ze strony prezesa klubu. Prezes ma bowiem świadomość, że pieniądze obiecane nam w kontraktach są źródłem utrzymania naszych rodzin i nas. Osoba odpowiedzialna za upadek Burzy Wrocław nie jest w tym momencie odpowiedzialna jedynie za klub i jego członków, ale także za ich rodziny. Pozostaje tylko pytanie, czy słowo "odpowiedzialność" w tej sytuacji ma dla wszystkich zainteresowanych takiego samo znaczenie... - kończy z żalem zawodnik.

Do grona szczęśliwców, którzy mieli możliwość odejścia z klubu należy Paweł Szabelski. Środkowy Burzy z tego przywileju skorzystał jako pierwszy, podpisując kontrakt z pierwszoligowym Orłem Międzyrzecz. „Szabla” nie chce jednak całej winy za upadek klubu przypisywać prezesowi Fijałkowskiemu. - Wina leży również po naszej stronie. Powinniśmy podjąć decyzję o odejściu z klubu już na początku problemów finansowo-organizacyjnych i pożegnać się we wrześniu - powiedział Paweł. Nie da się jednak ukryć, że podobnie jak wszyscy zawodnicy wrocławskiego klubu, również środkowy ma za złe prezesowi to, co się wydarzyło. - Na dobrą sprawę to nie mam zamiaru kopać leżącego, bo śmiało można powiedzieć, że prezes po prostu się przeliczył. Swoim nazwiskiem miał pokazać, co znaczy porządek, wypłacalność i profesjonalizm. Chciał budować nową, dobrą markę, a wyszło tak, jakby poszedł na zakupy do sklepu z asortymentem siatkarskim, wziął sobie do koszyka Janczaka, Szczurowskiego, Dutkiewicza i kolejnych zawodników, a przy kasie okazało się, że zapomniał portfela i nie ma jak zapłacić. Zdarza się i tak – trafnie skomentował poczynania prezesa Szabelski. Pozostaje wielki żal, gdyż Burza miała szanse na awans do I. ligi. Połączenie doświadczenia z młodością stworzyło ekipę, która bez większych problemów mogła walczyć o wysokie cele. – Czy szkoda tego wszystkiego? Szkoda, bo każdy z zawodników przyszedł do tego klubu w określonym celu. Mieliśmy „zrobić” awans do ligi wyżej. Nie udało się z różnych powodów – stwierdził z żalem „Szabla”. – Mimo tych zawirowań życzę prezesowi dalszego pasjonowania się siatkówką, a przy pomocy środków finansowych zbudowania klubu na mocniejszych fundamentach niż te, na których chciał coś tworzyć w tym sezonie – zakończył.

Do pierwszoligowego Orła Międzyrzecz wraz z Pawłem Szabelskim odszedł młody rozgrywający Konrad Nieboj. – Rozdział "Burza Wrocław" miał być czymś nowym, obiecującym, w czym zawodnicy doświadczeni - jak Krzysztof Janczak, czy Wojciech Szczurowski - chętnie chcieli brać udział. Dlatego z równym zapałem zgłosiłem swoją chęć przynależności do czegoś, co miało sprawić, że Wrocław znów będzie ważnym punktem na mapie polskiej siatkówki - opowiada zawodnik. – Realia okazały się jednak inne. Prezes klubu Mariusz Fijałkowski uwierzył, w jak się okazało zgubne i nieprawdziwe obietnice potencjalnych sponsorów, które - zwłaszcza podczas kryzysu finansowego - powinny zostać poparte odpowiednim pismem, które zagwarantowałoby byt i stabilność finansową przyszłościowemu klubowi, jakim miała być Burza. Tego "papierka" jednak nie było. Rozpoczęło to ciąg wydarzeń, które sprawiły, że Burza Wrocław umarła – kończy zawodnik. Mimo takiego obrotu spraw Konrad Nieboj stara się zrozumieć poczynania prezesa, nie szukając w nim bezwzględnej winy za upadek zespołu. Mimo tego ma świadomość, że pewne rzeczy nie powinny się zdarzyć. - Osobiście do Pana Mariusza Fijałkowskiego mam żal jedynie o to, że tak długo nas zwodził. Obiecywał, że uratuje ten klub, podczas gdy Burza już dawno leżała w grobie – komentuje rozgrywający. – Spotkało mnie to szczęście, że mam możliwość gry w pierwszoligowym Międzyrzeczu. Żal mi jednak tych zawodników, którzy z Wrocławiem wiązali swoją przyszłość, a przez taki bieg wydarzeń, swoje plany musieli pogrzebać.

Sytuacja Burzy Wrocław spowodowała, że także doświadczony Wojciech Szczurowski był bliski zakończenia siatkarskiej kariery. Ostatecznie jednak, na początku stycznia zasilił szeregi AZSu Nysa. Jako jeden z filarów wrocławskiego klubu z decyzją o zmianie barw czekał do końca. Mimo wielkiej cierpliwości, jaka cechuje tego siatkarza, nawet on nie mógł dłużej znosić relacji na linii zawodnicy-prezes. – Mam nadzieję, że prezes wykaże się chociaż odrobiną honoru i wywiąże się z zaległości, które ma wobec wszystkich zawodników. To jedyne, co może teraz zrobić – mówi Szczurowski. - Zaległości finansowe można wyrównać, ale stracony czas przez większość młodych zawodników pokroju Karpiewskiego, Mihułki, czy Grzywacza może okazać się nie do odzyskania. Wszystko jest jeszcze przed nimi, bo ci perspektywiczni siatkarze dopiero zaczynają przygodę z wyczynowym sportem i pracują na swoje nazwiska. Szkoda by było ich pracy i wylanego potu. Szczurowski ma wielki żal do prezesa klubu o to, co się stało. Nie ma już jednak ani siły, ani chęci, żeby od nowa zagłębiać się w całą sytuację. - Nie ma sensu pastwić się nad panem Fijałkowskim, bo mi to w niczym nie pomoże. Mam jednak nadzieję, że ten pan już więcej nic takiego nie zrobi. Albo powiem inaczej... Liczę na to, że NIKT już nie da się nabrać na jego wizje, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego!

Wszystkim zawodnikom zaistniała sytuacja dała się we znaki. Nie tylko finansowo, ale też psychicznie. Nie da się bowiem długo grać, nie wiedząc, czy w nadchodzącym miesiącu będzie się miało z czego zapłacić za mieszkanie, szkołę, czy sprzęt sportowy. Frustracja i rozżalenie siatkarzy są więc jak najbardziej zrozumiałe. - Burza Wrocław to część mojego życia, o której chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Patrząc przez pryzmat czasu, żałuję, że dałem się zmanipulować i uwierzyłem w słowne zapewnienia Prezesa, który obiecywał „złote góry” – mówi jeden z zawodników. - Tak naprawdę stworzył sobie wielki dołek, z którego nie potrafił się wydostać i poprzez swoją nieudolność zniszczył większości zawodników nadzieję na przyszłość, blokując im możliwość dalszego rozwoju - kończy z żalem siatkarz. Czterech zawodników znalazło nowych pracodawców, jednak szanse pozostałych są bliskie zera. Skończyło się bowiem „okienko transferowe”, a i kluby nie będą szukały wzmocnień na kilka dni przed rozpoczęciem fazy play-off. - Z drugiej strony można pogratulować prezesowi umiejętności manipulowania ludźmi, negocjowania i wmawiania, że wszystko będzie dobrze. Szkoda tylko, że fantazja przerosła możliwości Prezesa już po dwóch miesiącach, gdy okazało się, że nie stać go na utrzymanie drużyny. Chciał zbudować klub, który będzie się liczył na arenie krajowej, ale niestety chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie jest to możliwe bez pieniędzy. Każdy ma marzenia, ale po cóż od razu „porywać się z motyką na Słońce” i niszczyć kariery zawodnikom, którzy od teraz do sierpnia mają przymusowe wakacje i nie znaleźli klubu, w którym mogą grać? – kontynuuje jeden z zawodników. - Okazuje się, że w życiu można zniszczyć wszystko. Nawet coś, co jest z góry skazane na sportowy sukces, o czym dobitnie świadczyły wyniki Burzy w lidze. Teraz mogę życzyć Prezesowi tylko tego, żeby nie głowił się już nad tym, jak udało mu się zniszczyć taką drużynę i aby jego pasje siatkarskie ograniczyły się do kibicowania przed TV, a możliwość prowadzenia drużyny pozostawił ludziom, którzy się na tym znają - kończy były siatkarz Burzy Wrocław.

Po perspektywicznym klubie i ambitnych, pełnych zapału zawodnikach pozostał jedynie żal, rozgoryczenie i... zaległe wypłaty, na uregulowanie których siatkarze powoli tracą nadzieję. Martwi także fakt, że w mieście z takimi tradycjami siatkarskimi jak Wrocław pozostał tylko jeden męski zespół, występujący jedynie w III. lidze. Jak to możliwe, że przy takiej ilości spółek, sklepów i przedsiębiorstw trudno znaleźć sponsorów, którzy zaangażują się w siatkówkę? Przecież chętni są, o czym świadczą choćby sukcesy i udział w europejskich pucharach żeńskiego zespołu Impel Gwardii Wrocław. Pozostaje mieć nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto swoim zaangażowaniem, uporem i profesjonalizmem odbuduje także męską siatkówkę w stolicy Dolnego Śląska. Na razie bowiem młodzi, utalentowani siatkarze muszą opuszczać Wrocław, gdyż nie mają tutaj możliwości gry i szansy na rozwój sportowy. Czy znajdzie się jednak ktoś na tyle odważny, aby podjąć wyzwanie i zbudować drużynę zdolną walczyć o powrót na parkiety najwyższej ligi? Na to liczą zarówno kibice, jak i sami siatkarze, bo nadzieja - jak wiadomo - umiera ostatnia…

*Z zawodnikami rozmawiały Magdalena Jagintowicz – siatkówka.net i Anna Gumowska – przegladligowy.com

Dodaj do: Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Siatkówka

PlusLiga

Najnowsze galerie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Polecane