Najnowsze newsy

Siatkówka » Ligi polskie » I Liga Mężczyzn

I Liga Mężczyzn | 2011-01-21 10:19:36 | Nadesłał: Sylwia Kuś-Vega | Źrodlo: inf. własna

Gerymski: Praca w pierwszej lidze to bardzo wdzięczna praca

Fot.: Magdalena Kudzia

- Ludzie często pytają się mnie: czemu uciekam od PLSu? Ja nie uciekam... Jeżeli przyjdzie kiedyś jakaś propozycja i uznam, że warto spróbować to być może, ale nie śpieszy mi się - tłumaczy trener pierwszoligowego Energetyka Jaworzno, Sławomir Gerymski w rozmowie z naszym portalem.

Jedenaste miejsce - na tej lokacie właśnie, Energetyk Jaworzno uplasował się po pierwszej rundzie fazy zasadniczej. Pana zdaniem, to miejsce adekwatne do gry, jaką prezentowaliście? Jakie pozytywy dostrzega pan po tej pierwszej rundzie?

Sławomir Gerymski: - Po pierwsze: tak, lokata na pewno adekwatna do tego, co prezentowaliśmy, jednak nie można być z tego wyniku zadowolonym. Jedenaste miejsce, to wiadomo - play-outy. Mój młody zespół miałby ciężko w meczach o taką stawkę - o utrzymanie się w lidze. A co cieszy? Po tej rundzie cieszy na pewno, że paru zawodników poszło bardzo mocno do "góry", że poprawiło swoje umiejętności. Niestety, najwyraźniej to jeszcze ciągle za mało, żeby liczyć się w lidze, żeby wygrywać z tymi najlepszymi, najmocniejszymi, a tych mocnych zespołów w naszej lidze nie brakuje. Ale wracając do pozytywów tej rundy - zaskoczyła mnie postawa Pawła Adamajtisa. Jego poziom gry "idzie" coraz wyżej i mam nadzieję, że to się nie zmieni. Może i jego charakter, nie zawsze pozwala mu dawać się z siebie sto procent, ale od pilnowania, by jednak tak było, by za każdym razem dawał z siebie wszystko - ma trenera, który cały czas "wisi" mu nad głową. Częściowo zadowolony jestem także z Kamila Kwasowskiego, który przyszedł do nas z Bielska, gdzie był rozgrywającym "ławkowym" - nie dostawał szans grania, jako podstawowy rozgrywający. Praca zarówno z nim, jak i Mateuszem Jędryczką "idzie" w dobrym kierunku, choć oczywiście - nie ustrzegają się błędów, których nie powinni popełniać. Ja tłumaczę to ich młodym wiekiem - nie da się ukryć, że rozgrywający jest jak wino - im starszy, tym lepszy. Oni, to jeszcze "bobasy", niemniej jestem zadowolony z tego, jak "poszli" do przodu. Trzeci zawodnik, którego postawa ma prawo cieszyć to Damian Sobczak, nasz libero. Dołączył do nas z Bzury Ozorków i uważam, że to trafiony "zakup". Ten chłopak, oprócz tego, że ma bardzo fajne podejście do siatkówki, do treningów, do tego, co robi, poczynił w ostatnim czasie kolosalny postęp. Jeśli będzie grał tak dalej, to chyba szybko go stracimy, choć mam nadzieję, że troszeczkę się to jednak odwlecze. Czasami brakuje mu jeszcze "czucia" piłki w polu, ale myślę, że to kwestia pół roku, roku. Generalnie, bardzo podoba mi się jak gra... Kolejny zawodnik, o którym warto wspomnieć to Igor Kozłowski. Ze swoimi gabarytami, ze swoją skocznością, zasięgiem - już dzisiaj mógłby grać trzy razy lepiej, ale tak to już jest, że do niektórych zawodników trzeba ostrej i srogiej ręki... Myślę, że jeśli będzie możliwość, że ci chłopcy będą grać ze sobą razem jeszcze rok, dwa lata, o wielu z nich będzie można usłyszeć - w naszej lidze i być może, w lidze wyżej. Mają otwartą drogę ku temu być wielkimi siatkarzami, ale wszystko zależy od nich. Od ich podejścia oraz tego, jak wytrzymają tempo, jakie im narzuciłem, a trzeba przyznać, że narzuciłem im bardzo ostre tempo pracy.

Skład Jaworzna stanowią, jak wiadomo, bardzo młodzi zawodnicy. Zgodzi się pan z opinią, że Jaworzno to swoista kuźnia talentów, podobnie jak zespół AZS-u Częstochowa?

- Ja, mimo wszystko, do AZS-u Częstochowa wolałbym nas nie porównywać - jesteśmy mile od nich, choć oczywiście też mamy młodych, ambitnych chłopców. Właśnie dlatego, bardzo zależy mi, żeby się utrzymali. Spadek do drugiej ligi, podciąłby im skrzydła, na pewno nie graliby już razem. Już teraz mam sygnały, że są nimi zainteresowane różne kluby z naszej ligi, praktycznie wszystkie. Ja chciałbym, żebyśmy pozostali w pierwszej lidze i mieli możliwość dalszej pracy w tej ekipie. Bardzo lubię ich za to, jak pracują. Fajnie jest mieć zespół, który słucha trenera, choć oczywiście - przy czternastu zawodnikach, z których każdy ma inny charakter, każdy inaczej podchodzi do życia, do tego, co robi, nie zawsze wszystko współgra. Nie zawsze jest różowo, czasem trzeba "ryknąć". I oni wiedzą, że ja umiem "ryczeć". Myślę, że na tyle się już "dotarliśmy", że orientują się już po samym moim zachowaniu, kiedy coś jest nie tak - sami wtedy "gonią się" do roboty. Oczywiście, trzeba też nad nimi "wisieć", pilnować, powtarzać, że w końcu przyjdą efekty ich pracy... Nie ma się co oszukiwać - porażki nie budują, mamy bardzo ciężką sytuację i chłopcy nie do końca wierzą, że nagle wszystko "pójdzie" do przodu, ale sezon, pamiętajmy, jest długi. Mamy jeszcze dziewięć spotkań, a więc 27 punktów do zdobycia. Dopóki będzie szansa, żeby zająć upragnioną ósmą, dziewiątą lokatę, nikt nie ma prawa powiedzieć, że tej szansy już nie mamy. Ja na to nie pozwalam. Jeżeli którykolwiek z moich zawodników powie coś takiego, natychmiast zostanie usunięty z zespołu.

Jak dotąd, po zwycięstwa za pełną pulą punktów sięgnęliście jedynie w meczach ze Spałą i Świdnikiem. Jak wspomina pan te dwa, konkretne spotkania?

- Spała, w tamtym meczu z nami, nie wystąpiła w swoim "normalnym" składzie. Myślę, że pojedynek z "prawdziwą" Spałą, czeka nas dopiero u nas, w tej drugiej rundzie. Ja, do końca nie lekceważyłbym tej drużyny. Chłopaki wywalczyli sobie awans do Mistrzostw Europy kadetów, tak więc z miesiąca na miesiąc będą "szli" do przodu. Trzeba na nich uważać, bo ten sukces może ich ponieść. A jeśli chodzi o mecz z Avią Świdnik... Powiem szczerze, że sam nie spodziewałem się, że wygramy 3:0, choć mecz nie był taki łatwy, jak wskazuje na to wynik. Sety były naprawdę wyrównane, więc zwycięstwo bardzo nas ucieszyło. Choć prawdą jest na pewno, że Avia Świdnik w tym sezonie nie należy do potentatów, nie chciałbym walczyć z nimi o utrzymanie - to doświadczeni zawodnicy, którzy potrafią się "sprężyć". Wiem, że w tych najważniejszych meczach sezonu, będą grali "o niebo" lepiej... Analizując czemu Avia gra w tym roku, tak a nie inaczej, trzeba się cofnąć do początku sezonu - długo nie było wiadomo, czy ich główny sponsor będzie ich dalej sponsorował, i tak dalej... Były tam spore perturbacje, a wiadomo - grają tam zawodnicy, którzy mają rodziny, dzieci i zapewne pojawił się niepokój. Człowiek, wychodząc na boisko, nie zapomina, że dzieci trzeba nakarmić. Siatkarze to też ludzie i trzeba takie sytuacje rozumieć. Kiedy sytuacja klubu jest niepewna pod względem finansów, to gra także staje się niepewna. Może i Avia Świdnik nie była nigdy jakimś magnatem finansowym, ale ten klub nigdy nie miał takich problemów - ludzie chcieli tam grać. Ta niepewność, dla zawodników, było to pewnego rodzaju nowum.

Podsumowując dotychczasowe 17 kolejek - które ze wszystkich spotkań, najbardziej zapadło panu w pamięci na "plus", a które - na "minus"?

- Były to mecze, tydzień po tygodniu. Na pierwszy z nich pojechaliśmy do Trefla Gdańsk. Po raz pierwszy graliśmy na Arenie, ich nowej hali. Obawiałem się nieco, jak moi zawodnicy dadzą sobie tam radę, ale niepotrzebnie - choć przegraliśmy ten mecz 1:3, chłopcy spisali się wyśmienicie. Mówię tu choćby o paru blokach na Enrique de La Fuente - Władka Olszowskiego, którymi pewnie pochwalił się mamie (uśmiech), czy świetnych zawodach w wykonaniu naszych atakujących: Szlubowskiego i Adamajtisa, bardzo fajnie się uzupełniali. Dobrze zagrał praktycznie cały nasz zespół - zagraliśmy na poziomie Trefla Gdańsk. Mecz co prawda zakończył się, tak jak mówię, przegraną, ale walka była bardzo wyrównana. Po tym pojedynku byłem bardzo podbudowany - następny graliśmy w Pile. Co można powiedzieć o tym spotkaniu? Po raz pierwszy odkąd pamiętam, wstydziłem się za postawę mojego zespołu, za swoją zresztą też - ja też należę do zespołu. Przez cały tydzień chwaliłem się chłopcami w mediach, bo lubię się nimi chwalić, a tu nagle taka gra... Aż przykro było na to patrzeć. 20 procent w przyjęciu, 20 procent w ataku. Można powiedzieć, że nie było żadnego meczu - tamtego dnia grali tylko nasi rywale.

Tuż przed świętami, w ramach rozgrywek Pucharu Polski zmierzyliście się z Delectą Bydgoszcz. Mecz, pana podopieczni przegrali co prawda 0:3, ale przyzna pan chyba, że tutaj wstydu nie było...

- Mecze pucharowe pokazały, że kiedy gramy przy mniejszej presji, kiedy pojawia się chęć pokazania się, moi chłopcy prezentują się na boisku dużo lepiej. Pokazały, że potrafią grać w siatkówkę. Wygrali z Będzinem, Nysą, Głuchołazami... Z Bydgoszczą, w pierwszym secie była walka punkt za punkt - nie można było się za nich wstydzić. Akurat z rozgrywek pucharowych jestem bardzo zadowolony, choć oczywiście zamieniłbym to wszystko na wygrane ligowe, ale niestety, tak pięknie nie jest i nie będzie. Wszystko to jednak udowadnia, że chłopcom nie brakuje ani umiejętności, ani potencjału. Przed meczem musiałem tylko przypilnować, żeby nie mieli w spodenkach jakichś notatników, żeby nie brali od przeciwników autografów pod siatką (uśmiech), no i faktycznie skoncentrowali się na grze... Z nimi, trzeba tylko solidnie pracować i cierpliwie czekać na efekty. A wracając do samego meczu - Delecta wygrała z nami, bo podeszła do tego meczu bardzo poważnie. Widać było, że nie chciała popełnić tego błędu, co w zeszłym roku AZS Częstochowa. Cieszy mnie, że mimo tego poważnego podejścia, mój zespół, w pierwszym secie i w części drugiego, trzeciego, nie spasował. Chłopcom należą się brawa, no ale niestety - jeszcze za wysokie progi. Tak czy inaczej, przekonali się, że ciężką pracą można daleko zajść.

Waszym rywalem w ostatniej kolejce była nyska Stal... Mecz, mimo ciekawej walki zakończył się niekorzystnym dla was wynikiem 1:3. Czego zabrakło, by ugrać choćby punkt?

- Nysa to bardzo doświadczony zespół, ma w swych szeregach ludzi, którzy grali w PLSie. Ciężko jest ich ograć. Dołączenie do tej drużyny Karpiewskiego i Krzywieckiego dodatkowo podniosło poziom ich gry - mają wreszcie pełną kadrę, mogą normalnie trenować. Wcześniej, można było ich brać na tzw. "przetrzymanie" - grać z nimi jak najdłużej i w końcówkach brakowało im sił. Teraz, mają zmienników na każdej pozycji - i są to wartościowi zmiennicy. Mecz z Nysą, był dobry w naszym wykonaniu, choć taktycznie - moi zawodnicy powinni dostać dwóję za ten mecz. Taktyka była inna. Co prawda, nawet bez niej, do końcówek setów chłopcy radzili sobie nieźle, ale niestety - jej brak, zwłaszcza na zagrywce, w tych wspomnianych końcówkach, zemścił się na nich. Mieliśmy plan wyeliminować środek, szczególnie kiedy pod siatką był Jarek Stancelewski, no ale zagrywaliśmy inaczej, nie na tego, na kogo powinniśmy zagrywać. Ja, jako trener miałem do nich pretensje, bo nie dali mi pomylić się. Mogę dziś powiedzieć z ręką na sercu: gdybyście zagrali tak, jak wam powiedziałem, to ten mecz mógł skończyć się inaczej. Chłopcy nie sprawdzili tego, nie zrobili tego, o co ich prosiłem, no i niestety, zostaliśmy skarceni. Nie zmienia to faktu, że nie poddajemy się, walczymy dalej.

W meczu osiemnastej kolejki powalczycie ze Ślepskiem Suwałki. Drużyna trenera Aleksandrowicza to kolejny wymagający przeciwnik...

- To prawda... Uważam, że to bardzo dobry zespół. Ich atutem jest niezwykle wyrównany skład. Mogą się dowolnie "wymieniać" na przyjęciu - i co ważne, niezależnie kto jest akurat na boisku, ta gra w przyjęciu wygląda dobrze. Kolejna sprawa - mają dwóch dobrych rozgrywających, o dwóch różnych temperamentach. Jacek Malczewski to człowiek, który nigdy się nie denerwuje. Żadna sytuacja nie jest w stanie go wyprowadzić z równowagi, zawsze będzie wystawiał tak samo. Łukasz Jurkojć - wiadomo: jeden z lepszych rozgrywających w tej lidze, siatkarz, który występował w PLSie, naprawdę bardzo wartościowy zawodnik. Dalej: mają trzech dobrych środkowych, no i dwóch dobrych atakujących: Bartka Krzyśka i Łukasza Kaczorowskiego. Wszystko w tej drużynie jest bardzo dobrze poukładane, przy tym mają bardzo dobrych, młodych trenerów, którzy wiedzą, co robią. Widać to choćby po taktycznym ustawieniu zespołu... Krótko mówiąc: Suwałki mają po swojej stronie same plusy. Wydaje mi się, że ostatnie porażki wynikały z faktu, że nie grali w swoim optymalnym składzie. Teraz, kiedy znowu będą w nim grać, będą znów bardzo silni i każdy może z nimi przegrać. Moim zdaniem, "czwórka" suwalczanom w tym sezonie jest "pisana". Na pewno zdajemy sobie sprawę do kogo jedziemy, podróż będzie daleka, ale... Suwałki - piękne miejsce (uśmiech), zobaczymy jak wygląda zimą. Ślepsk, kiedy był u nas, był od nas lepszy w każdym elemencie. To się pewnie nie zmieni, znów będzie dwa razy lepszy, ale musimy nastawić się na walkę. Każdy punkt jest na wagę złota. Z każdego punktu w Suwałkach, będziemy się bardzo cieszyć.

Przed objęciem stanowiska trenera Energetyka, "sterował" pan gorzowskim "okrętem". Jak porównałby pan pracę, jaką wykonywał pan w Gorzowie, z pracą w Jaworznie?

- W Gorzowie była to końcówka budowania zespołu - potrzebne było jedno, dwa wzmocnienia. Potrzeba było takich zawodników, którzy "pociągną" resztę. Jak widać, chłopaki grają w tym roku z wielkim powodzeniem. W Jaworznie zespół budowany jest od początku, od pierwszych etapów. Razem z prezesami postanowiliśmy budować go na bazie zawodników z Jaworzna i tych siedmiu zawodników z Jaworzna, tutaj jest. O wyborze reszty decydowaliśmy, biorąc pod uwagę na kogo nas stać, żeby być rzetelnym, żeby żaden zawodnik nie mógł powiedzieć, że nie dostaje wypłat. U nas nie ma takich sytuacji. Jaworzno to solidna firma, od zarania dziejów i dlatego szkoda by było, gdyby ta solidna firma zniknęła z pierwszej ligi. Wszelkimi sposobami będziemy starali się tego uniknąć. Na pewno, warunki do pracy - dla trenera, są tutaj dużo lepsze jak w Gorzowie. Bardzo mało jest takich klubów, gdzie trener ma do dyspozycji jedną salą, drugą salę, chce sto piłek - ma sto piłek, chce mieć dwa obozy - ma dwa obozy, chce mieć czternastu ludzi - ma czternastu ludzi. To wszystko zależy ode mnie, dlatego też - co trochę mnie boli, nie mogę powiedzieć nic na swoją obronę. Przegrywam mecz za meczem i muszę bić się w piersi, że to moja wina i koniec, bo warunki do pracy, jak mówię są rewelacyjne.

Kiedyś, w jednym z wywiadów stwierdził pan, że jako zawodnik czuje się niespełniony, że zawsze chciał pan sprawdzić się na igrzyskach olimpijskich. Co jako trenerowi, da panu poczucie spełnienia? Praca szczebel wyżej?

- Dla mnie, praca w PLSie wcale nie jest aż taka ciekawa. No chyba, że chodzi o finanse, jeśli człowiek chciałby się dorobić, zarabiać dobre pieniądze, to owszem, jest atrakcyjna, ale na bok odchodzi gdzieś przyjemność z tego wszystkiego. Ja wiele, wiele lat spędziłem grając w tej lidze, byłem grającym trenerem, widziałem jak zachowują się w niej ludzie, widziałem, jak podchodzą do różnych spraw, wiem co to znaczy presja wyników. Tam już nie ma czasu na zbieranie doświadczeń, na indywidualizację pracy, tam jest walka o miejsce, o to, za co sponsor dał pieniądze. Praca tam jest mało ciekawa. Tu, w niższej lidze, pracując z tymi młodymi zawodnikami, można poświęcić każdemu z nich trochę czasu indywidualnie - i to moim zdaniem jest prawdziwa praca trenerska. Tutaj, to ja pracuję z nimi od pierwszego dnia, to ja "ustawiam" ich motorycznie, taktycznie, psychologicznie i tak dalej, i tak dalej... W PLSie - jest inaczej: pierwszy trener ma człowieka od siłowni, człowieka od motoryki, statystyków... Taki trener chyba się nudzi (uśmiech). Ja bym się nudził na jego miejscu. Stać w garniturze w telewizji, poprosić o czas, zrobić ze dwie zmiany - to potrafi każdy. Ludzie często pytają się mnie: czemu uciekam od PLSu? Ja nie uciekam... Jeżeli przyjdzie kiedyś jakaś propozycja i uznam, że warto spróbować to być może, ale nie śpieszy mi się. Wcale nie będę narzekał, jeżeli całe życie będę pracował w tej niższej lidze, to bardzo wdzięczna praca. Tutaj właśnie człowiek się spełnia i wie czy umie pracować, czy nie. Nawet jeśli nie ma wyników, a po roku widzi się, że technika, taktyka tego materiału ludzkiego, z którym się pracowało, jest lepsza niż przed rokiem, to znaczy, że wykonało się dobrą robotę. W PLSie rządzą menedżerowie. Trener tylko zgadza się, bądź się nie zgadza. Generalnie, struktura budowania zespołu jest zupełnie inna. Ja, pracując w PLSie musiałbym pracować sam, decydować sam, inaczej naprawdę bym się nudził. Praca to musi być praca. Jeśli awansowałbym do PLSu ze swoim zespołem, to żadnemu menedżerowi nie pozwoliłbym, żeby mi w tym mieszał - wszystko robiłbym po swojemu. Oczywiście, taki awans z własną drużyną, daje dużo satysfakcji - nawet jeśli później się spadnie, ale mówię - to musi być twój twór, twoja praca, w każdym elemencie szkolenia. Nie praca pięciu, sześciu ludzi obok, gdy samemu robi się za gwiazdę w ciemnym garniturze i macha do kibiców po wygranym meczu.

W swojej karierze występował pan w wielu drużynach, sięgał pan po wiele cennych tytułów... Z którym z polskich klubów, sympatyzuje pan dziś, oglądając rozgrywki PlusLigi?

- Kibicuję trzem zespołom, w których kiedyś grałem, a więc: Jastrzębiu, Kędzierzynowi i Rzeszowowi. Naprawdę, wszystkim tym klubom kibicuję równomiernie. Dla mnie prywatnie, miłe jest to, że Jastrzębie, za czasów, kiedy tam grałem pierwszy raz awansowało do najwyższej klasy rozgrywek, zdobyło pierwszy brązowy medal, człowiek uczestniczył w budowie tego zespołu. Podobnie w Mostostalu - pierwszy złoty medal, za moich czasów, pierwszy Puchar Polski, także. Człowiek czuł, że brał udział w tworzeniu tego wszystkiego. No i Rzeszów, który - również za moich czasów, po 23 latach wrócił do ekstraklasy. Tam także rozgrywałem, więc sentyment musi być, chociaż wszędzie zmieniają się i trenerzy, i zawodnicy. Wiadomo - nie ma ludzi niezastąpionych, wszystko się zmienia, no może nie zmieniają się tylko działacze. Jeśli jest dobrze, rosną w siłę, jeśli jest źle to nie jest ich wina (uśmiech). A wracając do tematu... W kontekście tych trzech wymienionych przeze mnie klubów, mogę powiedzieć, że byłem na początku tego, co jest teraz. Miło jest mi patrzeć na Rzeszów, Jastrzębie i Kędzierzyn. Ich historia jest związana ze mną, a moja z nimi. I to dobra historia, co w tym wszystkim najważniejsze.

Z trzech wspomnianych klubów: Jastrzębia, Kędzierzyna i Rzeszowa, zdecydowanie najsłabiej w tym sezonie, spisuje się ekipa jastrzębian. Jak pan sądzi, dlaczego? Nie radzą sobie z nowym systemem?

- W Jastrzębiu było i jest za dużo trenerów, można od tego "zwariować", od takiej ich liczby. Ja uważam, że każdy system jest dobry, że nie ma znaczenia czy zawodnik gra w tygodniu jeden mecz czy dwa. Za tym idą ogromne pieniążki. A skąd te pieniążki? Bo są sponsorzy, bo jest telewizja. Jest taki wymóg, a jeżeli jest taki wymóg, nie ma co narzekać, trzeba pracować. Każdy system rozgrywek można i trzeba podporządkować odpowiedniemu systemowi treningowemu i wszystko można rozwiązać, o ile oczywiście nie ma kontuzji. Jeżeli jednak zdarzają się takie kontuzje jak w Kędzierzynie, to trudno taką stratę szybko "zakleić", wtedy robi się problem. Mecz jest co trzy dni i punkty bardzo szybko uciekają. Jastrzębie gra z powodzeniem w Lidze Mistrzów, mają pierwsze miejsce w grupie, a w PLSie... nie wyszło. Jeden zespół pociągnie trzy sroki za ogon, a inny nie da rady, tak to już jest i tyle. Moim zdaniem, Jastrzębie w tym sezonie jest słabsze, niż w zeszłym. Po odejściu Abramowa, nie ma lidera, a takiego lidera właśnie brakuje. Divis tego zadania nie spełnia. Może jest i fajnym siatkarzem, może i potrafi grać w siatkówkę, ale też... nie potrafi grać w siatkówkę. Umie skończyć kilkadziesiąt piłek, a za chwilę kilkadziesiąt nie skończy, zrobi kilka głupich minek i kończy się jego granie. A wszystkie te najważniejsze piłki idą właśnie do niego. Do tego wszystkiego trzeba podchodzić z różnych stron. Moim zdaniem, jak już powiedziałem, każdy trener jest w stanie tak podporządkować treningi pod system, żeby wszystko grało i nic nie przeszkadzało. Na pewno chłopaki mają prawo czuć się zmęczeni... Żeby grali jeszcze faktycznie w środę/sobotę, ale oni grają też w poniedziałki, w piątki - i to ich najbardziej rozbija. Do tego dochodzi Liga Mistrzów, puchary... A ludzie, którzy grają w PLSie to zawodnicy, którzy swoje lata już mają. Mało jest w tej lidze "młodych" zespołów, grają w niej "wiekowi" zawodnicy, a więc kontuzje przy tym obciążeniu, są niestety nieuchronne.

Już w niedzielę przekonamy się kto sięgnie po tegoroczny Puchar Polski. Pan i pana chłopcy, kibicować będziecie Delekcie?

- Fajnie, jeśli Delecta doszłaby jak najdalej, w końcu to z nimi odpadliśmy, chociaż chłopaki z Delecty pewnie nie pamiętają już, że z nami grali (uśmiech). Jak dla mnie, para Delecta/Częstochowa to jedna wielka niewiadoma. Bełchatów gra z Gorzowem, więc mecz musi się skończyć, tak jak musi. Moim zdaniem, z Bełchatowem może w tym momencie wygrać tylko Resovia Rzeszów. Są to dwa najsilniejsze zespoły w naszej lidze, ale zobaczymy co będzie. Puchar Polski to furtka do Ligi Mistrzów i trzeba się pilnować, idą za tym pieniążki, prestiż, telewizja - jest o co walczyć. To prawda, że termin tych pucharów jest niewygodny, ale z drugiej strony - kiedyś trzeba je rozgrywać. Ciężko byłoby rozgrywać je w czerwcu, kiedy większość zespołów będzie już bliżej sanatorium, niż formy zwyżkowej. Ta forma musi słabnąć, to nie są maszyny, tylko zawodnicy. Ja i tak ich podziwiam, bo ja - jeśli grałbym jeszcze w siatkówkę, podchodziłbym do tego jeszcze gorzej niż oni. A kto zdobędzie puchar w tym roku? Ten kto przegrywa odpada, nie ma drugiej szansy, a że każdemu może zdarzyć się słabszy dzień, Bełchatów nie może być do końca spokojny, że go wygra. Inna sprawa, że jeżeli nawet nie zdobędą tego Pucharu Polski, to i tak wygrają naszą ligę, a co z tym związane znowu będą grali w Lidze Mistrzów.


* Rozmawiała Sylwia Kuś - przegladligowy.com

Dodaj do:
Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Siatkówka

PlusLiga

Najnowsze galerie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Polecane