Najnowsze newsy

Publicystyka

Publicystyka | 2008-09-16 07:10:00 | Nadesłał: Agnieszka Mrozewska | Źrodlo: inf. własna

„Grać w siatkówkę nie umie, ale skacze jak kangur" - wspomnienie o Arku Gołasiu

Fot.: Magdalena Kudzia

"Czy go brakuje? Na pewno! Brakuje jego obecności, sposobu bycia, gry, uśmiechu. Ale pozostał w sercach wielu: kochanych rodziców, ukochanej żony Agnieszki, kolegów z drużyn, trenerów czy wiernych kibiców. Jest i będzie obecny. Bo o dobrych ludziach się nie zapomina. A nawet, jeśli ktoś zapomni, to przecież czytamy w Ewangelii św. Łukasza: "Jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą".

Tak w pierwszą rocznicę śmierci, w Kościele Środowisk Twórczych pw. św. Brata Alberta i św. Andrzeja Apostoła w Warszawie, przemawiał do wiernych duszpasterz siatkarzy ksiądz Mirosław Choroszy. Dziś mija już trzeci rok odkąd nie ma z nami utalentowanego siatkarza, ale przede wszystkim wspaniałego człowieka – Arka Gołasia. W taki dzień w sercu budzi się żal, a po głowie kołacze się natrętne „dlaczego?”. W taki dzień budzą się „niedzielni” kibice. W taki dzień na forach internetowych „płoną” wirtualne znicze, pojawią się setki wpisów z utartymi sloganami – część z nich jest szczera i płynie z wewnętrznej potrzeby, a część... W taki dzień zatrzymajmy się na chwilę, zadajmy sobie kilka pytań i odpowiedzmy na nie we własnym sumieniu, a potem po prostu o Nim pomyślmy. Pomyślmy o Nim, nie o dzisiejszej dacie, bo przecież historia Arka to nie tylko 16 września 2005 roku…

Wschodząca gwiazda

W 2000 roku w częstochowskiej drużynie pojawił się miły, młody siatkarz z MKS-u MOS-u Wola Warszawa, środkowy ze śmiesznym dołeczkiem w brodzie, w którym drzemał ogromny talent. Wielu krytykowało pomysł ściągania do klubu, mającego aspiracje do walki o mistrzowski tytuł, „żółtodzioba”. Jednak, 19-letni wówczas Gołaś nie bał się konkurencji, błyskawicznie robił postępy. Mierzący 201 cm środkowy, w ataku uderzał piłkę na wysokości 362 cm. Był to pułap nieosiągalny dla większości siatkarzy świata. Inne elementy siatkarskiego rzemiosła także, z meczu na mecz, wyglądały coraz lepiej.

„Arek zawsze miał do siebie pretensje, to była chodząca ambicja, perfekcjonista, cały czas pracował nad sobą(…)był realistą, znał swój poziom gry i drużyny i wiedział, co może być, mimo że nadzieję i wiarę miał zawsze nawet w trudnych sytuacjach. Później po analizie swoich błędów, realnie oceniał całość.”
– opowiadała na łamach Magazynu Siatkówka Agnieszka, żona Arka.

Arka nie dało się nie lubić. Już na pierwszy rzut oka wydawał się sympatycznym, skromnym człowiekiem. Jak się później okazało, taki właśnie był. Mimo zmęczenia, po meczu zawsze chętnie rozdawał autografy i pozował do zdjęć z kibicami. Zawsze w zanadrzu miał dobre słowo i uśmiech… Swoim ujmującym stylem bycia i niekwestionowanym talentem siatkarskim, podbił serca wszystkich kibiców, zarówno polskich jak i włoskich oraz całego siatkarskiego świata. Śp. Zdzisław Ambroziak określił go mianem siatkarza o „stratosferycznym zasięgu”, a media okrzyknęły największym siatkarskim objawieniem ostatnich lat, największą nadzieją polskiej siatkówki…

„Był wrażliwym człowiekiem. Wszyscy go lubili. Nigdy nie miał wrogów. Tylko nie lubił udzielać wywiadów(…). Stwarzał pozory osoby nieśmiałej. Ale gdy poczuł się pewnie, otwierał się(…) jak już się otworzył, to ludzie wiedzieli, że to dobry człowiek. Choćby nie wiem co, na Arka można było liczyć.”
– wspomina Agnieszka.

Pierwszy sezon w barwach częstochowskiego AZS-u był dla niego bardzo udany, ku zaskoczeniu samego zainteresowanego, zaowocował powołaniem do kadry i występem w finałach LŚ rozgrywanych w katowickim Spodku.
„… po przyjściu do Częstochowy nie oczekiwałem, że będę grał w pierwszym składzie. Przyczyniła się do tego w dużej mierze kontuzja Siergieja Orlenki, staram się wykorzystać szansę”
– mówił Arek w jednym z wywiadów.
I wykorzystał ją. Bardzo szybko wdarł się do podstawowego składu seniorskiej reprezentacji i serc tysięcy kibiców. Zawsze emanowała od niego ogromna pozytywna energia, a w jego oczach było coś "magicznego"... Mówi się, że wygląd zewnętrzny odzwierciedla wewnętrzne piękno człowieka, a oczy są zwierciadłem duszy. Jeśli mówimy o Arku, jest to 100-procentowa prawda. Potwierdzą to bez wahania wszyscy, którzy mieli szczęście poznać go osobiście. Arek przyciągał do siebie ludzi jak magnes. W mgnieniu oka stał się idolem nastolatek, popularność jednak nie przewróciła mu w głowie.

„(…)Arek unikał mediów, ale szanował fanów. Był bardzo lubiany.(…) Mówił, że on tylko gra w siatkówkę. Nie czuł się gwiazdą. Kiedy udzielał w telewizji wywiadu, czuł się zakłopotany. Zawsze miał takie zdanie, że nikt go nie poznaje, bo on jest zwykłą osobą.(…) We Włoszech, gdy byliśmy na zakupach, jakiś chłopiec zapytał rodziców, czy to Arki. Bo tam na niego mówią Arki. Rodzice potwierdzili i stanęli, żeby popatrzeć. Akurat dochodziłam do Arka, więc to widziałam. On nie. Powiedziałam mu, nie uwierzył: „Wydaje ci się. W Częstochowie mnie nie znają, a co dopiero tutaj!".”
- wspominała w wywiadzie dla „Gali” Agnieszka Gołaś

Trudne początki

A wszystko zaczęło się 10 maja 1981 roku w Przasnyszu, kiedy mały Arek postanowił, że już czas najwyższy pokazać się światu. Jego kariera sportowa nie była jednak oczywista od samego początku. W dzieciństwie miał groźny wypadek – upadł z wysokości, miał wstrząs mózgu i pękniętą czaszkę. Nikt nie sądził, że po czymś takim zostanie zawodowym sportowcem. A jednak.
Swoją przygodę z siatkówką Arek rozpoczął już w szkole podstawowej, gdzie uczęszczał do klasy sportowej o profilu siatkarskim. Co ciekawe, nikt nie widział w nim wówczas talentu siatkarskiego. Był wysoki, (za)chudy… ale pracowity. Nie poddawał się i nie zniechęcał. Jak się później okazało, wysiłki opłaciły się, bo kiedy Arek kończył podstawówkę, zauważył go Krzysztof Felczak:

„Kiedy go zobaczyłem w akcji, byłem pod dużym wrażeniem. Pamiętam, że już wtedy powiedziałem trenerowi kadry kadetów, Edwardowi Sroce, że za rok pokażę mu chłopaka, który stanie się objawieniem – mówi Felczak. – Arek był chorowity. Kiedy pierwszy raz pojechałem do Ostrołęki, żeby go zobaczyć, siedział na trybunach, bo miał zapalenie płuc. Ciągle jakaś choroba mu się przyplątywała. Ale gdy wyrósł i dojrzał, kłopoty zdrowotne się skończyły. A innych nigdy z nim nie było. Chętnie pracował na treningach, dobrze się uczył. Już w czasach kadeckich mówiłem mu, żeby szlifował języki obce. Wiedziałem, że trafi do ligi włoskiej, że zrobi karierę…”


W ten właśnie sposób w 1996 roku piętnastoletni wówczas Arkadiusz Gołaś trafił do MOS-u Wola Warszawa. Nie od razu jednak stał się „szóstkowym” graczem. Przychodząc do MOS-u grał przeciętnie, bronił się jedynie niesamowitym wyskokiem, którego – o ironio! – nie powinien mieć ten, kto ma płaskostopie. Arek je miał, ale ciężką pracą i wytrwałością udowodnił, że każdą przeszkodę można pokonać, jeśli tylko się naprawdę tego chce.

„Kiedy Arek do nas przyjechał z Ostrołęki, ktoś zażartował: "To będzie nasza maskotka. Grać w siatkówkę nie umie, ale skacze jak kangur"” – wspomina Krzysztof Zimnicki, trener i dyrektor MOS-u Wola. I tak Arek stał się „Maskotem”. Traktowano go jak maskotkę drużyny, jednak nie załamał się – pracował ciężko i bardzo szybko stał się podstawowym graczem klubu. Przyszedł czas na pierwsze sukcesy.

Pierwsze sukcesy

W 1998 roku z grupą kadetów zdobył srebrny medal Mistrzostw Polski, rok później jako junior zdobył kolejne srebro MP, a w 2000 roku do kolekcji dołożył pierwszy złoty medal MP juniorów. W 1999 roku z reprezentacją kadetów wywalczył brązowy medal na Mistrzostwach Świata w Arabii Saudyjskiej.
"(…)Miętosił ten medal w kieszeni i nie wiedział jak się pochwalić. To był bardzo skromny chłopak. Sukces go nie zepsuł” – opowiada Renisław Dmochowski – pierwszy trener Arka.

Przełomowy, pod wieloma względami, okazał się rok 2001. W lutym tego roku poznał Agnieszkę – swoją przyszłą żonę.
"(…)Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie Arek: nieśmiały i kochany to chyba każdy mógł o nim powiedzieć nawet nie znając go (…)" – wspomina pierwsze spotkanie Agnieszka.

W tym samym roku Arek rozpoczął grę w seniorskiej reprezentacji.
„Arek był nie tylko świetnym sportowcem, ale normalnym, spokojnym, człowiekiem. A w naszych czasach to wielka i rzadka zaleta” – mówi Ryszard Bosek, który powołał 20-letniego wówczas Gołasia do reprezentacji Polski. – „Już wtedy wiedziałem, że będzie wielkim graczem. Wierzyłem w niego i nie zawiodłem się…”

Skromny chłopak z Ostrołęki rok później, na MŚ w Argentynie, był jednym przedstawicielem młodego pokolenia w kadrze prowadzonej przez Waldemara Wspaniałego, a w 2002 razem z AZS-em Częstochowa zdobył trzecie miejsce w turnieju Top Teams Cup. Pojechał na mistrzostwa Europy w 2003 roku i igrzyska olimpijskie do Aten, znalazł także uznanie w oczach nowego szkoleniowca polskiej reprezentacji – Raula Lozano, pod wodzą którego, wywalczył pierwsze w historii 4 miejsce Polaków w LŚ, awans biało-czerwonych do MŚ w Japonii na turnieju w Rzeszowie oraz 5. miejsce w swoich drugich mistrzostwach Europy w Rzymie.

Czas biegł szybko. Wydawało się, że Arek jest w kadrze od zawsze… i na zawsze. Jak wielu z nas nie wyobrażałam sobie kadry bez niego, a w rozmowach ze znajomymi na temat powołań do kadry, jeszcze długo po 16 września, na pytanie „A kto na środku?” padała odpowiedź: „No jak to kto? Arek…” a potem była tylko cisza …

Pełnia szczęścia

W ciągu czterech lat pobytu pod Jasną Górą, życie Arka zaczęło nabierać tempa. Tam poznał Krzyśka Ignaczaka, z którym bardzo szybko znaleźli wspólny język i w bardzo krótkim czasie przenieśli boiskową przyjaźń do życia prywatnego.
„(…)wiedzieliśmy, że to przeznaczenie postawiło nas na tej wspólnej drodze. Zaczęliśmy po meczach chodzić na wspólne kolacje, od czasu do czasu robiliśmy wypady na dyskoteki, byliśmy młodzi, chcieliśmy potańczyć, miło spędzić ten wolny czas, którego nigdy wiele nie było, jak to w wyczynowym uprawianiu sportu.(…)”
– wspomina „Igła”, przyjaciel "Gołego".
Tam też poznał swoją przyszłą żonę, rozpoczął studia i ukształtował się siatkarsko na tyle, że w 2004 r. dostał propozycję z Padwy.

„Bardzo chciałem wyjechać, spróbować swoich sił w najlepszej lidze świata. Propozycja z Padwy to było spełnienie marzeń. Na pewno było mi ciężko opuścić Częstochowę. Spędziłem w niej cztery lata i jestem naprawdę przywiązany do tego miasta. Jednak musiałem zmienić środowisko, zacząć zbierać nowe doświadczenia i umiejętności. Nie miałem wątpliwości, że powinienem wyjechać.”
– mówił o swoim transferze.

Klub nie należał do czołówki włoskiej Serie A, ale dla Arka najważniejsze było by grać i zdobywać nowe doświadczenia. Nie chciał być rezerwowym.
„Wyjeżdżając do Padwy mówił, że jedzie do Serie A aby nauczyć się blokować, gdyż wielu zarzucało mu słabość w tym elemencie. Wracając po pierwszym sezonie cieszył się i chwalił ile to on tam się nauczył.” – wspominał dla Magazynu Siatkówka Krzysztof Ignaczak.
Nikt nie oczekiwał od młodego Polaka cudów, jednak Gołaś znów umiejętnie wykorzystał szansę, jaką dał mu los. Szybko wdarł się do podstawowej szóstki, co więcej, grał w niej tak dobrze, że został wybrany do drużyny obcokrajowców na mecz gwiazd Serie A z reprezentacją Włoch.

Życie Arka podporządkowane było jego największej miłości – siatkówce. Jednak miał też inne pasje – fotografia i komputery, to był jego konik, który pochłaniał go bez reszty. Znał się na tym, kupował fachowe pisma i chętnie doradzał kolegom.

„(…)Pasja fotograficzna zaczęła się bardzo niewinnie - od zwykłego aparatu, a skończyło się na profesjonalnym sprzęcie i całej fotograficznej obróbce. Uwielbiał to. – opowiada dla „Magazynu Siatkówka” Agnieszka - To były takie jego hobbistyczne ucieczki w swoje zajęcia przed otaczającymi go sytuacjami(…)”

W Padwie Arek polubił także spędzanie czasu w kuchni. Jak mówi Agnieszka – „Jego potrawy zawsze byty perfekcyjnie doprawione i miały niepowtarzalny smak.” Potwierdza to również „Igła”, który jeszcze za czasów gry Arka w Częstochowie, bardzo cenił sobie, przyrządzone przez przyjaciela… kanapki z baleronem.

Poza tym Arek uwielbiał dzieci, miał z nimi dobry kontakt. Oboje z Agnieszką marzyli by wrócić z Italii już we trójkę…
„(…)Dzieci... nasze największe marzenie. Arek miał coś w sobie, jakoś sprawiał, że wszystkie dzieci go uwielbiały. Był pogodny i zwariowany wśród nich. (…)”
„Dojrzewaliśmy do założenia rodziny. To chyba największa dojrzałość, kiedy młode osoby postanawiają, że chcą stworzyć małe "Gołasiątka", jak żartowaliśmy…”
– opowiadała na łamach „Magazynu Siatkówka” i „Gali” Agnieszka.

Pierwszy sezon Arka we włoskiej serie A był bardzo udany. Jednak klub przeżywający kłopoty finansowe, musiał zgodzić się na odejście kilku zawodników. Gołaś skorzystał z okazji i już w czerwcu 2005 r. podpisał kontrakt z czołowym klubem ligi włoskiej – Lube Banca Macerata.

„To jedyny klub, który potrafił się porozumieć z Padwą w mojej sprawie. Inne również się interesowały, ale właśnie Macerata zaproponowała najkorzystniejsze warunki finansowe i pozyskała mnie. Jest to klub bardziej utytułowany niż Padwa. Ma w składzie między innymi reprezentanta Serbii i Czarnogóry Milijkovica. Na środku gra Geric…na temat nowego miejsca zamieszkania jeszcze nic nie wiem, nie widziałem miasta. Całe szczęście, o takie rzeczy jak mieszkanie nie muszę się martwić, klub zapewnia wszystko na najwyższym poziomie.”
– opowiadał Gołaś.

Miesiąc później, 21 lipca 2005 roku, Arkadiusz Gołaś i Agnieszka Dziewońska stanęli na ślubnym kobiercu w kościele pod wezwaniem św. Maksymiliana Kolbego w Częstochowie. Początkowo ślub był zaplanowany na 16 lipca, jednak w tym czasie reprezentacja grała w Rzeszowie turniej kwalifikacyjny do Mistrzostw Świata.
Młodzi przesunęli więc datę ślubu.

W jednym z wywiadów redaktor spytał:
„- Kadra Lozano, Macerata, ślub... Panie Arku, to chyba dla pana dobry rok?
Na co Arek odpowiedział:
„- Dobry. Tylko jeszcze blok trzeba poprawić.” …


***

„Wyskoczył do bloku najwyżej jak mógł, a za ręce złapał go sam Bóg”

Wrześniowy poranek zepsuł wszystko. 16.09.2005, 7:10… Austria, Griffen w okolicach Klagenfurtu… rozbita nowiutka Toyota Avensis…

„To wielka strata dla całej siatkówki. Myślę, że Gołaś w ciągu roku – dwóch gry w tak znakomitym klubie stałby się najlepszym środkowym na świecie – mówił słynny argentyński trener Julio Velasco.
Podobne słowa padały z ust polskich działaczy, trenerów, zawodników, kibiców…

„Spotkaliśmy się przed 11 laty” – mówił pierwszy trener Arkadiusza Gołasia Renisław Dmochowski nad trumną w kościele w Ostrołęce. – „Cechowała go ogromna pracowitość, miłość do siatkówki i silny charakter. Nigdy nie zapomniał skąd wyszedł. Znajdował czas żeby spotkać się z nami, uczniami miejscowych szkół. Pokazał nam tutaj wszystkim, że dzięki ogromniej pracowitości możliwy jest sukces, który nie przesłonił mu miłości do jego małej ojczyzny. Los za wcześnie przerwał wartościowe życie.”


Andrzej Szewiński, tak mówił o młodszym koledze, z którym miał okazję grać w AZS-sie Częstochowa:

„Przyszedł do nas przed kilku laty wesoły i sympatyczny chłopak. Od razu zobaczyłem w nim wielki siatkarski diament, który wymagał tylko oszlifowania. Szybko się uczył i pokonywał kolejne szczeble sportowej kariery. Byliśmy dumni gdy trafił do dobrego klubu w najlepszej lidze świata, włoskiej Serie A. Mamy teraz rozdarte serca. Cała Częstochowa płacze.”


Płakała cała siatkarska Polska.

„Ostatnie nasze zgrupowanie to Spała. – wspomina Krzysztof Ignaczak - Tam Arek dostał od Raula Lozano pseudonim "Bestia". Choć był wielkim łasuchem, potrafił zjeść dwie tabliczki czekolady od razu, nigdy nie przytył. W ogóle był wzorem, jeśli chodzi o profesjonalne podejście do sportu. Przedkładał naukę nad pieniądze. W kraju mógł dostać o wiele większy kontrakt, a mimo to pojechał do Włoch, by się rozwijać. Czwartek wieczorem wyruszył na prezentację w nowym klubie Lube Banca Maccerata. Niestety, była to jego ostatnia podróż...”


W tym miejscu nie pozostaje już nic innego, jak tylko przytoczyć słowa wypowiedziane przez księdza Choroszego, w pierwszą rocznicę:
„(…) Arek wykonał ostatnią zagrywkę. I choć wyszła poza parkiet życia, to jednak była na tyle perfekcyjna, iż zaowocowała najdroższym transferem - transferem do drużyny zbawionych. Wierzę w to mocno i o to ciągle się modlę."

Ja również…


Minęły już trzy lata. Pamięć ludzka nie jest doskonała – z czasem pewne rzeczy zaczynają się zacierać, ulatniać, nawet wbrew naszej woli. Jednocześnie w pamięci tkwi wielka siła – „nie umarł ten, kto trwa w pamięci żywych”. O Arku z pewnością pamięta wielu ludzi – rodzina, przyjaciele, koledzy z siatkarskich parkietów, kibice…
Kiedy piszę te słowa przed oczami mam uśmiechniętego Arka i zastanawiam się, czy kiedyś ten obraz się zatrze. Czy zapomnę o jego uśmiechu, śmiesznym dołeczku w brodzie, o jego niesamowitych atakach i… zepsutych zagrywkach. Czy tak, jak jego koszulka, która jeszcze nie tak dawano powiewała pod dachami polskich hal, zniknie również pamięć o młodym siatkarzu? Nie. Arek stał się wzorem dla wielu młodych ludzi, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze sportem. Rodzina, przyjaciele, kibice dbają, by pamięć o wspaniałym, młodym człowieku, który tak wiele osiągnął i mógł osiągnąć jeszcze więcej, nie zaginęła. Co rok najzdolniejszemu młodemu sportowcowi przyznawana jest statuetka AREK, powstała z inicjatywy „Super Expressu”, a zaakceptowana przez PKOL. Z inicjatywy m.in. Andrzeja Szewińskiego, byłego gracza a później prezesa częstochowskiego AZS-u powstała pod Jasną Górą Akademia Siatkówki im. Arkadiusza Gołasia, która docelowo ma działać na terenie całego kraju. Co rok rozgrywany jest memoriał im. Arka – w tym roku zaproszenie przyjęła Padwa, chęć przyjazdu na turniej wyraziła także Macerata. Jednak ostatecznie zamiast Maceraty przyjechał zespół z Wiednia – Aon hotVolleys. Koledzy z siatkarskich parkietów pamiętają o Arku.
„Lube Blanca Macerata dedykuje triumf w Superpucharze Włoch Arkowi – głosił oficjalny komunikat klubu – zawodnikowi, który jechał do nas i nie zdążył dołączyć do zespołu, ale na zawsze będzie z nami...”
Sebastian Świderski, który w ubiegłym sezonie zasilił szeregi Maceraty, postanowił grać w klubie z numerem 16 na koszulce na cześć tragicznie zmarłego kolegi, a kilka miesięcy później zadedykował zdobyty przez Lube Puchar Włoch właśnie Arkowi.
Koledzy z reprezentacji wspaniale uczcili pamięć Arka 3 grudnia 2006 roku w Japonii, kiedy stając na drugim stopniu podium w koszulkach z numerem 16 i z nazwiskiem „GOLAS” na plecach…

My – kibice – też pamiętamy. O zepsutych zagrywkach i o atomowych atakach ze środka. Jednego i drugiego dziś brakuje tak samo. Brakuje uśmiechu, brakuje rytuału całowania piłki przed zagrywką, brakuje „szesnastki” pod siatką… brakuje Ciebie, Arku!
„Non omnis moriar”. Tak. Zbudowałeś sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu – pomnik z cegieł ludzkiej pamięci i miłości. Miłości nie tylko rodziny i przyjaciół, ale także tysięcy wiernych kibiców, których serca, tak jak 20 września pod częstochowską katedrą, wciąż krzyczą: „Arek Gołaś, Arek!”…

Dodaj do:
Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Najnowsze galerie

Polecane