Najnowsze newsy

Piłka Ręczna » Ekstraklasa Mężczyzn

Ekstraklasa Mężczyzn | 2009-07-08 11:05:44 | Nadesłał: Alicja Chrabańska | Źrodlo: inf. własna

Michał Szolc: "Nie marzę o rezydencjach czy luksusowych samochodach" - cz. 3

Fot.: Magdalena Kowolik

Dziś prezentujemy trzecią, ostatnią odsłonę obszernego wywiadu, jakiego udzielił nam zawodnik i manager drużyny szczypiornistów KS NMC Powen Zabrze, Michał Szolc. W tej części zabrzański "człowiek orkiestra" opowiedział nam o sobie, swojej pracy oraz ambicjach.

W poprzedniej części sporo miejsca poświęciliśmy zabrzańskiej młodzieży. Jak takiemu doświadczonemu zawodnikowi jak Pan gra się z bardzo młodymi piłkarzami?

M.S.:
Uważam, że każdy może popełnić błąd, ja także nie potrafię się ich ustrzec. Nikt nie próbuje udowadniać, że jest lepszy, że wie coś lepiej. Każdy stara się grać jak najlepiej potrafi. Nie ma tutaj mowy o jakichkolwiek złośliwościach. Sądzę, że nasza współpraca układa się bardzo dobrze. Oczywiście koledzy z drużyny czasami patrzą na mnie z innej perspektywy, bo oprócz tego że gram, jako manager muszę podejmować różnego rodzaju decyzje dotyczące klubu, również personalne. Takie jest życie, każdy musi podejmować decyzje w pewnych obszarach. Osobiście nie ma problemów z żadnym zawodnikiem. A tym bardziej nie patrzę nikomu w metrykę. Równie dobrze gra mi się z Czarkiem Winklerem, co z Olkiem Kryszeniem. Łączy nas walka na boisku i dążenie do celu jakim jest wygrana.

W końcówce sezonu przegrał Pan z kontuzją. Nie sposób nie zapytać o Pana aktualny stan zdrowia.

M.S.:
Niestety kontuzja, której nabawiłem się podczas meczu w Łodzi nadal mi trochę doskwiera. Ten uraz to zwichnięcie palca, ale na szczęście bez zmian kostnych. Przechodzę rehabilitację, która jest bardzo powolna z tego względu, że to bardzo małe stawy i mięśnie. W związku z tym powrót do pełnej sprawności jest czasochłonny. Myślę, że do pierwszych sparingów moja ręka będzie zdrowa.

W ostatnich dwóch meczach przed własną publicznością, nie powiodło się Panu nawet „symboliczne” wejście. Czy nie żałuje Pan, że nie udało się postawić „kropki na i” jakimś efektownym trafieniem?

M.S.:
Dla mnie uwieńczeniem rozgrywek I ligi był mecz w Łodzi. Udało mi się tam dobrze zagrać, a przede wszystkim awansowaliśmy wtedy do Ekstraklasy. Pechowo przydarzyła mi się wówczas kontuzja, ale byłem już spokojny, że mamy awans. Miło jest kończyć sezon „u siebie” i uwieńczyć go sukcesem, w postaci mistrzostwa I ligi. W przedostatnim meczu przytrafiła się historia z moim niefortunnym wejściem (zawodnik pojawił się na boisku niecałe trzy minuty przed końcem spotkania, by za chwilę opuścić je w wyniku dwuminutowej kary – przyp. red). Nawet tak doświadczonego zawodnika mogą ponieść emocje, być może zbyt bardzo chciałem efektownie zakończyć sezon, a sędzia moje zagranie zinterpretował na moją niekorzyść, ale nie można w tym upatrywać jakiejś złośliwości losu. Moja nieobecność była też szansą gry dla młodych zawodników, których pomocy będziemy bardzo potrzebować w nadchodzącym sezonie. Cóż, oby mieli wiele okazji do gry i obym oglądał z ławki rezerwowych ich poczynania jak najczęściej (śmiech).

Jest Pan najlepszym zawodnikiem ubiegłego sezonu. W czym upatruje Pan swojej siły jako zawodnika?

M.S.:
Myślę, że nie należy podnosić tego do tak wysokiej rangi. Kilku zawodników zapisało na swoim koncie sporo bramek. Moje statystyki trochę „podbijały” rzuty karne. A sam karny jest wynikiem sytuacji wypracowanej również przez innych zawodników. Jeśli miałbym poszukać tej siły to jest nią doświadczenie. Kilka lat gry w Ekstraklasie czy w lidze niemieckiej dużo mi dało. W Niemczech oczy całej drużyny były zwrócone na mnie i Darka Mogielnickiego, a to nauczyło mnie bycia liderem, osobą która musi ze spokojem podjąć na boisku decyzję.

Bycie liderem wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Jak Pan się z tym czuje?

M.S.:
Przed sezonem często słyszałem, że jestem liderem. Nie wiem czy ten tytuł przypadł mi z racji wieku czy ilości występów. Ja jednak wolę czasami usunąć się w cień, ustąpić pola kolegom. Nie jestem typowym łowcą bramek, nie oddaję dziesiątek rzutów w każdym meczu. Może to, że upatruje się we mnie lidera wynika z faktu, że najwięcej czasu „spędzam” na środku rozegrania i to ode mnie zależy jaką taktykę zastosujemy w danym momencie. Ale nie czuję się osobą, która bierze na siebie tak zasługi jak całą krytykę i która samodzielnie rozstrzyga losy spotkań. Jestem takim samym zawodnikiem jak każdy w drużynie. A że mam większy bagaż doświadczeń, cóż to tylko staram się wykorzystywać. Ale to naturalne, że każdy chce korzystać z tego co ma najlepsze.

W klubie jest Pan „człowiekiem orkiestrą”. W której ze swoich ról czuje się Pan najlepiej?

M.S.:
Cały czas staram się rozdzielać moje obowiązki wynikające z pełnionych funkcji. To nie do końca się udaje. Z większością zawodników znam się nie od dzisiaj i myślę, że mają do mnie zaufanie. Wiedzą, że nie będę im utrudniał kontaktów z zarządem. Gdzie czuję się lepiej? Boisko to dla mnie żywioł, to praca którą wykonuję już kilkanaście lat. Z zespołem jestem bodaj związany od piętnastu. Praca managera to do niedawna było dla mnie pole minowe. Co rusz natrafiałem na inny wybuch. Teraz ten teren jest już bardziej znajomy i wiem jak się po nim poruszać. Przed nami jeszcze wiele rzeczy do zrobienia. Powoli odnajduję się także w takich dziedzinach jak marketing.

Znakomity rosyjski siatkarz, Pavel Abramov, powiedział na konferencji prasowej, że podoba mu się filozofia preferowana przez zarząd jego nowego klubu. Mianowicie, zawodnicy mają jeden obowiązek – dobrze grać, o to żeby im to ułatwić winien troszczyć się klub. Pan łączy te obowiązki. Czy czasami nie chciałby Pan po prostu skupić się na grze?

M.S.:
Tak by było najłatwiej dla mnie! Oczywiście są momenty, w których chciałbym odetchnąć i zrzucić te obowiązki na kogoś innego. Niestety nasz klub nie jest jeszcze na tyle rozwinięty, żeby było komu powierzyć moje zadania. Ale pamiętajmy, że klub sportowy to nie fabryka. Nie możemy przyjść, położyć na stole określonej kwoty pieniędzy i złożyć zamówienia. Myślę, że nawet taki zawodnik jak pan Abramov nie może zagwarantować, że jego zespół osiągnie określony przed sezonem cel, dajmy na to uplasowanie się w pierwszej trójce. W trakcie rozgrywek zdarzają się różne sytuacje i zarówno zarząd jak i zawodnicy powinni być elastyczni. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zarząd stawia cel, np. 10-te miejsce, a jeśli drużyna nie sprosta tym oczekiwaniom nie dostanie całości lub części wypłat. Ten miecz jest obusieczny. Zarząd może mieć jakieś zastrzeżenia do zawodników i odwrotnie. Cel w postaci osiągnięcia konkretnego miejsca w tabeli może zostać ustalony, ale jego osiągniecie nie może być rozpatrywane jako absolutna konieczność. Nie może być tak, że albo zajmujemy to miejsce, albo następuje koniec świata. Wiele jest elementów, które składają się na wynik. W trakcie rozgrywek w zespole może przydarzyć się kilka kontuzji, może splajtować sponsor strategiczny i tutaj ciężko mieć wzajemne pretensje na linii zawodnicy - zarząd. Oczywiście dla zawodnika jest ważne, żeby miał komfort trenowania, gry, żeby wiedział że o niego stara się kilku ludzi. Podsumowując, byłoby fajnie gdybym mógł skupić się tylko na grze. Ale to wiązałoby się z posiadaniem woreczka pieniędzy. I tu pojawia się problem: jak go zdobyć? (śmiech)

Wspomniał Pan, że wielu zawodników pracuje również poza klubem. Czy zatem z piłki ręcznej w Polsce da się żyć?

M.S.:
Z tego co słyszymy to w niektórych klubach da się żyć. W tych najlepszych nawet da się bardzo dobrze żyć. Myślę, jednak że obojętnie ile się zarabia w sporcie trzeba mieć swój pomysł na życie, bo kiedyś kariera się kończy. Piłka ręczna to nie piłka nożna, gdzie można przez długie lata żyć z pieniędzy odłożonych, w trakcie gry, na koncie. Na pewno można znaleźć taką drogę, która pozwoli na to, żeby piłka ręczna była sposobem na życie. Jeśli nie w stu procentach to chociaż częściowo. I w Zabrzu właśnie taki model panuje, większość zawodników pracuje i gra jednocześnie. Także teza może zostać uznana za słuszną, z piłki ręcznej da się żyć.

Skoro mówimy „sportowej emeryturze” to wypada zapytać o Pana plany na przyszłość. Trener, manager, a może zrezygnuje Pan w ogóle ze sportu?

M.S.:
Na pewno nie zostanę trenerem. Nie mam odpowiedniego wykształcenia, „papierków” i nawet nie staram się ich uzyskać. Tak więc tę ewentualność aktualnie wykluczam. Chociaż... nigdy nie mów nigdy. Całkowity rozbrat ze sportem też nie wchodzi w grę. Nawet jeśli nie będę pracował w strukturach, nawet jeśli nie będę grał to na pewno pozostanę kibicem. Na stanowisku managera pracuję dopiero dwa lata, ale dobrze się czuję w tym obszarze. Chciałbym się rozwijać pod tym kątem. Jeśli będą warunki i wola ze strony klubu, to chętnie będę nadal pracował w tym charakterze.

Bardzo poświęca się Pan na rzecz klubu. Zgaduję, że piłka ręczna nie jest dla Pana tylko pracą?

M.S.:
Faktycznie to nie tylko praca. Rozpocząłem treningi w wieku 9-ciu lat. Nietrudno policzyć, że to już 23 lata z piłką ręczną. Nie jest ona życiem, bo to nie powietrze czy woda. Ale na pewno jest głównym tematem rozmów czy z żoną czy ze znajomymi. Większość z nich jest związana z piłką ręczną. Nie da się nagle odstawić tych tematów. Tak więc jest to pasja i sposób na życie.

Na zakończenie chciałabym zapytać o Pana osobiste ambicje.

M.S.:
Moją wielką ambicją jest sprawdzenie się w klubie i stworzenie sprawnie działającej struktury. Ta sztuka nie uda mi się bez nieocenionej pomocy panów Kmiecika i Michóra. Przyszedłem do klubu kiedy te struktury nie działały dobrze, a raczej wegetowały. Kiedy w klubie pojawił się prezes Kmiecik zaczęliśmy wspólnie budowę klubu od zera. Postawiliśmy już ściany, w postaci pierwszych sukcesów, dobrze byłoby je przykryć dachem. I gdyby to się udało byłoby to moim wielkim osobistym sukcesem. Miło byłoby gdyby drużyna utrzymała się w Ekstraklasie i żeby klub żył swoim życiem. Chciałbym również, żeby hala Pogoni się zapełniła i żeby odżyły tradycje, żeby o piłce ręcznej znów się mówiło i komentowało. Także moje ambicje wiążą się ściśle z celami klubowymi. Bo najbardziej chciałbym rozwoju klubu. Jeśli chodzi o życie prywatne to nie mam wielkich celów. Nie marzę o rezydencjach czy luksusowych samochodach. Mam wspaniałą żonę i córkę. I cieszę się z każdej chwili spędzonej z nimi. Na razie nie widzę na horyzoncie niczego, o czym mógłbym jeszcze powiedzieć, że chcę to osiągnąć.

*z Michałem Szolcem rozmawiała Alicja Chrabańska

Pierwsza część wywiadu z Michałem Szolcem

Druga część wywiadu z Michałem Szolcem

Zapraszamy również na oficjalną stronę drużyny KS NMC Powen Zabrze

Dodaj do:
Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Najnowsze galerie

Polecane