Najnowsze newsy

Siatkówka » Reprezentacje

Reprezentacje | 2009-01-17 06:16:06 | Nadesłał: Agnieszka Mrozewska | Źrodlo: inf. własna

Od Rzymu do Pekinu - rok 2007 i 2008

Fot.: Anna Gumowska

Po przegranym meczu z Włochami podczas IO, w jednym z ogólnopolskich dzienników przeczytałam nagłówek: "Siatkówka jest okrutna". Trudno się z tym nie zgodzić - dwie wygrane akcje wynoszą cię na piedestał, dwie przegrane - robią z ciebie ofiarę. W sporcie nie wszystko jest przewidywalne i nie wszystko zależy od nas - czasem potrzebna jest odrobina szczęścia. Raulowi Lozano i jego podopiecznym tego szczęścia w Pekinie zabrakło...

Być może, gdyby biało-czerwoni wygrali tamten mecz, dziś nie czekalibyśmy z bijącym sercem na ogłoszenie zwycięzcy konkursu na szkoleniowca reprezentacji Polski siatkarzy. A nawet gdybyśmy czekali, to może szumne zapowiedzi włodarzy PZPS-u pt. "możemy mieć każdego", nie okazałyby się jedynie pobożnymi życzeniami...
Wróćmy jednak do podsumowania czteroletniej współpracy Raula Lozano z naszymi siatkarzami.

Rok 2007 – dobre złego początki

Do Ligi Światowej Polacy przystąpili z marszu – tuż po zakończeniu rozgrywek PLS-u. Grali słabo, ale wygrywali. Gdy okazało się, że turniej finałowy odbędzie się w Polsce wszyscy zaczęli myśleć o rewanżu za Mistrzostwa Świata i finale Polska – Brazylia. Polacy mimo zmęczenia sezonem i ciągłych rotacji w składzie wygrywali mecz za meczem. Imponująca seria 14 zwycięstw z rzędu pozwalała mieć nadzieję, że wszystko jest możliwe – nawet wygrana w finale z niepokonaną Brazylią. Los chciał jednak inaczej i z canarinhos zagraliśmy już w półfinale. Polacy grali jak równy z równym, ale nie potrafili wykorzystać błędów, które popełniali Brazylijczycy i w ten sposób po raz kolejny lepsi okazali się podopieczni trenera Rezende.
Później, niestety, powtórzyła się historia sprzed dwóch lat. Biało-czrwoni po wygranym meczu z USA przegrali półfinał z Serbami, a potem także mecz o trzecie miejsce, w którym ponownie zmierzyli się reprezentacją Stanów Zjednoczonych. Miało być podium, walka o złoto, a tymczasem nie było nawet brązowego medalu. Zawiedzeni byli i siatkarze, i kibice. Trudno powiedzieć, kto bardziej. Nikt jednak nie robił z tego tragedii. W końcu kluczową imprezą miały być, zbliżające się nieuchronnie, Mistrzostwa Europy w Rosji.

Pierwszy sprawdzian przed startem w Moskwie nie zakończył się po myśli Polaków. Memoriał Wagnera – bo o nim mowa – początkowo miał być mocno obsadzony. Swój przyjazd zapowiadały ekipy Brazylii, Francji i Niemiec. Ostatecznie jednak na Warmię i Mazury przyjechali: Brytyjczycy pod wodzą, znanego skądinąd polskim kibicom, Harry’ego Brookinga, Słowacy, Holendrzy, Niemcy i Serbowie, czyli tzw. średniaki. Miało być szybko, łatwo i przyjemnie. Wszyscy liczyli na drugie z rzędu zwycięstwo Polski w memoriale, tymczasem podopieczni argentyńskiego szkoleniowca od pierwszego do ostatniego gwizdka turnieju niewiarygodnie się męczyli. Już pierwszy mecz ze Słowacją, którą dzieliło wówczas od Polaków ponad 50 miejsc w światowym rankingu, obnażył wszystkie słabości biało–czerwonych. W drugim spotkaniu podopieczni Raula Lozano pozwolili ugrać „historycznego” seta drużynie, która do tej pory nie istniała na siatkarskiej mapie świata… Zaczęli powoli spadać z równi pochyłej.

Historia lubi się powtarzać, więc i przed Mistrzostwami Europy w 2007 roku pech nie opuszczał Polaków. Kapitana biało-czerwonych, Piotra Gruszkę, z gry w czempionacie wyeliminowała kontuzja, której nabawił się na memoriale podczas meczu z Serbią, a Mariusz Wlazły zrezygnował z powodu pojawiających się skurczów. Piąte miejsce (nie mówiąc już o wyższych lokatach), było jednak ciągle w zasięgu naszych siatkarzy, grupa była przecież łatwa, a ostatni sprawdzian Polaków przed ME - towarzyski turniej Tournoi de France w Paryżu - nie wypadł źle. Biało-czerwoni wygrali z Bułgarami (3:1) i Holendrami (3:1), a na zakończenie przegrali z gospodarzami (0:3), zajmując ostatecznie drugie miejsce.

O Mistrzostwach Europy 2007 wszyscy chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć, ale jakże trudno jest zapomnieć tak dotkliwą porażkę, gdy jeszcze kilka miesięcy, ba, nawet kilka dni wcześniej, wierzyło się w sukces. Wszyscy liczyliśmy, że przegrany 1:3 mecz z Belgią to tylko falstart, wypadek przy pracy, przypadek. Po wygranej z Turcją, w takim samym stosunku setów, delikatnie powiało optymizmem. Jednak mecz z Rosją rozwiał wszelkie złudzenia. Polacy, z dwoma porażkami, awansowali wprawdzie do kolejnej fazy rozgrywek, ale przegrana z Finlandią w trzech setach przelała czarę goryczy, a na Raula Lozano i jego podopiecznych posypała się lawina krytyki. Nie pomogła walka do upadłego w meczach z Bułgarią i Włochami (oba spotkania przegrane 2:3). Siatkarze i trener zostali zmieszani z błotem. 11. miejsce jest najgorszym rezultatem polskich siatkarzy w historii startów w finałach mistrzostwach Europy. Gdybyśmy wiedzieli, jak potoczy się ten turniej, pewnie w ciemno wzięlibyśmy piąte miejsce, które siatkarze wywalczyli w trzech poprzednich turniejach…

Nieudany występ w Moskwie wydłużył drogę Polaków do Pekinu. Zamiast jechać na Puchar Świata do Japonii i tam walczyć o olimpijski paszport, musieli przebrnąć przez sito turniejów kwalifikacyjnych. Pierwszy turniej, preeliminacyjny, rozegrano pod koniec listopada w węgierskim Szombathley. Na początek Polska pokonała pewnie Danię i Belgię (oba spotkania 3:0). W półfinale podopieczni Lozano pokonali gospodarzy turnieju (3:1), a w finale wzięli rewanż na Finlandii za porażkę w ME i zakończyli turniej na pierwszym miejscu.


Rok 2008 – „gorzkie pigułki”

Pierwszą cierpką pigułkę przyszło połknąć nam już w styczniu. Na olimpijski turniej kwalifikacyjny do Izmiru reprezentacja Polski pojechała bez swoich czołowych graczy: Mariusza Wlazłego, Michała Winiarskiego, Łukasza Kadziewicza i Grzegorza Szymańskiego, który sam zrezygnował z gry, uskarżając się na bóle pleców, co zresztą wywołało później kolejną burzę wokół polskiej reprezentacji…
Polacy rozpoczęli turniej od porażki ze świeżo upieczonymi mistrzami Europy z Półwyspu Iberyjskiego. W kolejnym meczu pewnie pokonali osłabionych Włochów, jednak w ostatnim spotkaniu przegrali w tie-breaku z Holendrami, co mocno skomplikowało ich sytuację. Awans biało-czerwonych do półfinału turnieju kwalifikacyjnego, a tym samym szansa na dalszą walkę o bilet do Pekinu, był teraz zależny nie od nich samych, ale od Hiszpanów. Od ich wygranej z Holendrami zależał nasz dalszy udział w turnieju. Niestety, trener Hiszpanii wystawił rezerwowy skład, co wykorzystali Holendrzy, wygrywając 3:1.
Choć skład reprezentacji Polski był mocno eksperymentalny, a Polacy nie wywalczyli awansu, to po turnieju pojawiło się wiele głosów, że wreszcie w kadrze są ludzie, którzy naprawdę chcą grać, że w końcu właściwe osoby znalazły się na właściwych miejscach. Powracający do kadry po roku przerwy Dawid Murek zdawał się przeżywać drugą młodość. Dziś możemy tylko pytać, dlaczego Raul, mimo świetnej postawy Dawida także w rozgrywkach ligowych, nie starał się za wszelką cenę namówić go do gry na IO w Pekinie? Może właśnie takiego fightera potrzeba było tej drużynie podczas zmagań w Kraju Środka…

Kolejną pigułką okazały się eliminacje do Mistrzostw Europy. Pierwszy turniej, rozgrywany w ramach VI Memoriału Huberta Jerzego Wagnera, wygrali Polacy, pokonując kolejno w trzech setach Czarnogórę, Estonię i Węgry. Wydawało się, że turniej rewanżowy będzie tylko formalnością. Nic bardziej mylnego. Pierwszy mecz w Tallinie z Węgrami zakończył się zgodnie z planem pewnym zwycięstwem biało-czerwonych, ale kolejne dwa były sporym zaskoczeniem. Porażki w tie-breakach z Czarnogórą i Estonią – i to przy prowadzeniu 2:0 w setach – były zimnym prysznicem dla kibiców, działaczy, ale przede wszystkim dla samych zawodników. Atmosfera wokół reprezentacji znów stała się napięta do granic możliwości. Porażki w eliminacjach uznano jednak jako mniejsze zło – lepiej przecież przegrać eliminacje do mistrzostw Europy, niż eliminacje do Igrzysk Olimpijskich. Z tą „dewizą” i (bardzo) umiarkowanym optymizmem oczekiwaliśmy na turniej ostatniej szansy w portugalskim Espinho. Cztery lata wcześniej Portugalia okazała się szczęśliwa dla biało-czerwonych – tak miało być również tym razem, bo przecież historia…
Polacy rozpoczęli turniej od zwycięstwa nad Indonezją, później pokonali Portoryko, ale o wszystkim miał decydować mecz z gospodarzami turnieju. Biało-czerwoni i tym razem wygrali 3:0 i po wielu perturbacjach, mogli wreszcie cieszyć się z upragnionego awansu do Igrzysk Olimpijskich. Na świętowanie nie było jednak czasu. Trzeba było zakasać rękawy i spróbować połączyć występy w Lidze Światowej z przygotowaniami do Igrzysk Olimpijskich. Na mecze wyjazdowe pojechały „rezerwy”, do których stopniowo dołączali „szóstkowi” gracze. Tak jak to miało miejsce w poprzednich edycjach, tak i tym razem, Polacy przegrali jedynie 3 (wyjazdowe) spotkania – po jednym z Egiptem, Chinami i Japonią – i do brazylijskiego finału awansowali z pierwszego miejsca w grupie. W Final Six trafili do grupy F razem z Serbią i USA. Niestety, oba mecze przegrali i odpadli z dalszej rywalizacji.
Postawa Polaków w Rio nie napawała optymizmem przed najważniejszym turniejem czterolecia. Jednak podopieczni Raula Lozano na otwarcie Igrzysk Olimpijskich pewnie wygrali z Niemcami (3:0), a w kolejnych meczach z Egiptem (3:0) i z Serbią (3:1). Po trzech kolejkach biało-czerwoni byli liderami swojej grupy. W czwartym meczu jednak podjęli rękawicę jedynie w pierwszej partii. W końcówce seta szczęście dopisało Brazylijczykom, którzy wygrali 30:28. Dwa kolejne sety canarinhos wygrali już pewnie 25:19. W ostatnim meczu grupowym podopieczni charyzmatycznego Argentyńczyka zmierzyli się ze Sborną. Historia znów się powtórzyła. Po niezwykle zaciętym pojedynku cieszyli się z wygranej 3:2 i awansu do ćwierćfinałów, a bohaterem spotkania okrzyknięto Marcina Wikę. I znów uwierzyliśmy w sukces.
W ćwierćfinale los po przeciwnej stronie siatki postawił reprezentację Włoch. Pierwsze dwie partie padły, niestety, łupem azzurich. Biało-czerwoni w porę jednak odzyskali rezon. Wygrali trzecią partię 25:18 oraz nerwową końcówkę w czwartej odsłonie 28:26, zmierzając coraz pewniejszym krokiem do półfinału. W tie-breaku odrobili straty, a nawet wyszli na prowadzenie 11:9, jednak w decydującym momencie Kadziewicz przegrał walkę na siatce z Vermiglio, a chwilę później trzecią piłkę meczową dla Włochów wykorzystał Martino…

- Byli o krok od wielkiej wygranej. Zasłużyli na nią. Zadecydowały detale i łut szczęścia. Ale wiem też, że długo tego meczu nie zapomną. Gorycz zostanie
– mówił wówczas dla dziennika „Rzeczpospolita” Raul Lozano. Nie mylił się…

Po Olimpiadzie biało-czerwoni wraz z Raulem Lozano musieli jeszcze dokończyć to, czego nie zdołali przypieczętować w Tallinie. W barażach do Mistrzostw Europy przyszło im zmierzyć się z Belgami. Niewiele brakowało, a zmuszeni bylibyśmy przełykać kolejną gorzką pigułkę. Wyjazdowe spotkanie Polacy wygrali bowiem 3:2, natomiast w rewanżu w Kędzierzynie-Koźlu po tie breaku górą byli Belgowie. Wyłącznie dzięki dobremu bilansowi małych punktów biało-czerwoni wywalczyli bilet do Turcji, gdzie w tym roku odbędą się Mistrzostwa Starego Kontynentu.

Tak oto historia zatoczyła koło. Wszystko zaczęło się i zakończyło w Kędzierzynie-Koźlu. Zaczęło się od wygranej – skończyło na porażce. Zaczęło się od piątego miejsca w Atenach, a skończyło na piątym (ale o ile cenniejszym) miejscu w Pekinie…


Rok 2009 - tabula rasa

I znów występ na IO był nieudany, a przed nowym trenerem wielkie wyzwania, jeszcze większe oczekiwania i ciągle ten sam cel – medal olimpijski. I tym razem w trójce konkurentów jest Argentyńczyk, który wydaje się być pewniakiem do objęcia schedy po swoim rodaku. Cztery lata temu jednak żaden z pewniaków nie wygrał. Jak będzie tym razem? Castellani? Bagnoli? Wagner? Czy może jednak jeszcze ktoś inny?

Widząc listę nazwisk kandydatów (a może raczej ich brak) do objęcia stanowiska szkoleniowca reprezentacji Polski siatkarzy i czytając coraz to nowe „rewelacje” na temat konkursu, wielu już chyba zdążyło zatęsknić za Argentyńczykiem, bo choć okazał się postacią kontrowersyjną, to właśnie jemu zawdzięczamy największy sukces polskiej siatkówki od ponad 30 lat. Nie będę tu rozstrzygać, czy Raul Lozano był największym trenerem i miał najsilniejszy zespół od czasów reprezentacji Huberta Wagnera. Fakt jest jeden i niepodważalny – nazwisko argentyńskiego szkoleniowca trwale zapisało się na kartach historii polskiej siatkówki, przede wszystkim dzięki sukcesowi, jaki odniósł z polską drużyną w Japonii. Miejmy tylko nadzieję, że nie będziemy wychowywać naszych dzieci na wspomnieniu o tym sukcesie, tak jak to robili nasi rodzice, wspominając nieustannie złotą drużynę słynnego „kata”.

Okrzyknięty przez kibiców Małym Rycerzem polskiej siatkówki, Raul Lozano, zdawał się czasami postępować w myśl dewizy powtarzanej przez sienkiewiczowskiego bohatera: „Jak się nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali”. Argentyńczyk wprowadził żelazną dyscyplinę, nie był przy tym skory do ustępstw, co okazało się chyba jego największą wadą. Okazał się człowiekiem, którego albo się kocha, albo nienawidzi. Dziś trudno stwierdzić, czy miał więcej zwolenników czy przeciwników. Lista jego zasług jest długa. Jednak tak samo długa jest lista jego wad i popełnionych błędów, do których nie zawsze miał ochotę się przyznawać. Jedno jest pewne – kiedyś mówiło się, że mamy potencjał, że tak naprawdę nie wiadomo, na co nas stać. Zdarzało się wygrywać z najlepszymi, ale były to sporadyczne sukcesy. Później zaczęliśmy w miarę regularnie ogrywać zespoły z niższej półki i tzw. średniaki, a od ME 2005 reprezentacja Polski zaczęła piąć się w górę. Punktem kulminacyjnym ich możliwości okazały się MŚ w Japonii, gdzie wywalczyli srebro. Po MŚ uwierzyliśmy, że możemy wygrać z każdym. Niestety, czas wszystko zweryfikował, dopisując do tego zdania drugi człon: „z każdym też możemy przegrać”. Wszystko zaczęło się psuć – nieoczekiwane porażki z zespołami z niższej półki, wzajemne pretensje, konflikty rozdmuchiwane przez media i totalna klęska na ME 2007. Wielki balon nadziei i oczekiwań napompowany przez kibiców, działaczy, ale też samych siatkarzy, którzy być może zaczęli nieco przeceniać swoje możliwości, pękł z wielkim hukiem. Co zgubiło Argentyńczyka i jego podopiecznych? Zbytnia pewność siebie? A może chęć sprostania ciążącej na nich presji, udowodnienia, że medal wywalczony w Kraju Kwitnącej Wiśni nie był dziełem przypadku? Kłody co i raz rzucane selekcjonerowi pod nogi przez działaczy czy też jego bezkompromisowość w relacjach z nimi? I na koniec jeszcze jedno pytanie, na które odpowiedź zdaje się być kluczową dla przyszłości naszej kadry – czy to reprezentacja jest dla klubów, czy kluby dla reprezentacji?

FAKTY:
Mecze reprezentacji po wodzą Raula Lozano: 132
Wygrane: 94
Porażki: 38

LŚ 2005 – 4. (historyczne) miejsce Polaków;
LŚ 2006 – Polska zakończyła rozgrywki na fazie grupowej;
LŚ 2007 – 4. miejsce; seria 14 zwycięstw z rzędu
LŚ 2008 – 5. miejsce

ME 2005 – 5. miejsce
ME 2007 – 11. miejsce

MŚ 2006 – 2. miejsce

IO 2008 – 5. miejsce

Dodaj do:
Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Siatkówka

PlusLiga

Najnowsze galerie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Polecane