Reprezentacje | 2008-05-27 08:30:00 | Nadesłał: Weronika Grabowska | Źrodlo: inf. własna
Po efektownych zwycięstwach podczas VI. Memoriału im. Huberta Jerzego Wagnera, polscy siatkarze zaliczyli „wpadkę” z Czarnogórą i Estonią na turnieju w Tallinie. O komentarz poprosiliśmy byłego klubowego kolegę czterech reprezentantów Polski, Bartosza Janeczka.
Po wielu latach świetnej gry w częstochowskim klubie w kadrze pojawił się Krzysztof Gierczyński, którego w końcu udało się przekonać do występów w biało-czerwonych barwach. Oprócz wieloletniego kapitana AZS-u Częstochowa, Raul Lozano powołał do kadry Marcina Wikę, Piotra Nowakowskiego oraz Pawła Woickiego. Wszyscy zawodnicy wywalczyli sobie miejsce w reprezentacji Polski dzięki fantastycznej grze podczas całego sezonu, który dla częstochowskich siatkarzy zakończył się zdobyciem Pucharu Polski oraz srebrnych medali Mistrzostw Polski. – To bardzo dobrzy gracze, zasługujący na grę w reprezentacji Polski. Myślę, że wiele wniosą do narodowego zespołu. Wspomniani zawodnicy są w stanie grać na najwyższym światowym poziomie. Powiem więcej, stać ich również na wywalczenie miejsca w pierwszym składzie reprezentacji. - powiedział Bartosz Janeczek, były klubowy kolega Gierczyńskiego, Wiki, Nowakowskiego i Woickiego.
Trzy razy 3:0 – tak było w Olsztynie, podczas pierwszego turnieju eliminacyjnego do ME, które odbędą się w 2009 roku. Zarówno Marcin Wika jak i Paweł Woicki zagrali dobre spotkania. Zwłaszcza ten drugi znakomicie sprawdził się w roli zmiennika Pawła Zagumnego. Mimo, że jest niewysoki, to ma wielkie serce do gry. – Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Oprócz tego, Paweł ma niesamowicie dobry charakter do gry. Wpasował się w klimat panujący w kadrze i z całą pewnością zagości w niej na długie lata. – kontynuuje Janeczek.
Polacy w dobrych humorach polecieli do Tallina na drugi turniej eliminacyjny do ME. Tam mieli dokonać formalności i zapewnić sobie awans na tę imprezę, która w 2009 roku odbędzie się w Turcji. W pierwszym meczu przeciwko drużynie Węgier niespodzianki nie było. Podopieczni trenera Raula Lozano gładko wygrali z przeciwnikiem i tym samym umocnili się na pierwszym miejscu w grupie eliminacyjnej. Następnego dnia wszystko wyglądało podobnie. Polacy w meczu z Czarnogórą prowadzili 2:0. Nagle coś się „zepsuło”. Mimo zmian dokonanych w składzie, nasi przyjmujący mieli spore problemy z przyjęciem zagrywki rywala i skończeniem ataku w pierwszym uderzeniu. Mecz zakończył się zwycięstwem rywali 3:2, ale wszyscy zgodnie twierdzili, że to tylko wypadek przy pracy. – Nie mogę w pełni ocenić turnieju eliminacyjnego, gdyż oglądałem tylko pierwsze spotkanie z Węgrami. Gdy w sobotę wieczorem usłyszałem wynik meczu z Czarnogórą byłem zdumiony. Pomyślałem jednak, że to wypadek przy pracy, bowiem nawet najlepszym drużynom zdarzają się słabsze dni. Byłem nawet przekonany, że w niedzielę będzie zdecydowanie lepiej i nasza reprezentacja wygra bez problemu. – powiedział Bartosz Janeczek.
W niedzielne popołudnie wielu kibiców usiadło przed telewizorem, by przekonać się, że porażka z Czarnogórą była tylko wypadkiem przy pracy. Od początku spotkania grał Krzysztof Gierczyński, który był jednym z jaśniejszych punktów w naszym zespole. Dwa pierwsze sety wygrane bardzo szybko i to w niezłym stylu, wydawały się być dobrym prognostykiem przed – jak się wydawało – ostatnią, trzecią partią tego meczu. Nieoczekiwanie Polacy przegrali zarówno trzeciego jak i czwartego seta. Kolejny raz pojawiły się problemy z dokładnym przyjęciem zagrywki. Ponadto Estończycy dokładnie czytali grę Pawła Zagumnego i nawet nasz atakujący, Mariusz Wlazły, nie zawsze mógł przebić się przez blok rywali. W ostatniej partii, przy prowadzeniu naszej reprezentacji 10:5, dobrze grająca drużyna zaczęła popełniać „szkolne” błędy i ostatecznie 13:15 wygrali Estończycy.
Wszyscy byli w szoku. Kolejny przegrany tie-break z – chciałoby się powiedzieć – europejskim „średniakiem”. Bo czy Czarnogóra lub Estonia odnoszą jakieś sukcesy? Otóż nie. Brak zwycięstwa równa się na razie brakowi awansu do przyszłorocznych ME. – Byłem z szokowany tym, że reprezentacji Polski nie udało się awansować do Mistrzostw Europy. W dodatku nie przegrali walki z czołówką Europy, tylko w moim odczuciu z przeciętnymi zespołami, o których nie słyszy się na najważniejszych imprezach siatkarskich. Nie chciałbym się jednak wypowiadać na temat poziomy gry tych zespołów, ponieważ nie widziałem wszystkich spotkań. – mówi Janeczek.
Jak zatem patrzeć w przyszłość, skoro prowadząc 2:0 w meczu, przegrywa się go 2:3 z dużo niżej notowanymi rywalami? Już w piątek biało-czerwoni zagrają w Portugalii o olimpijski awans. Do tego czasu muszą zapomnieć o Tallinie i dać z siebie wszystko, by wywalczyć bilety do Pekinu. Podopieczni Raula Lozano nie ukrywają, że gra na IO jest ich marzeniem, a także – dla niektórych – ukoronowaniem siatkarskiej kariery. – Igrzyska Olimpijskie to największa impreza sportowa, na której spotykają się wybitni sportowcy wszystkich dyscyplin. Wielu ludzi marzy o tym, by choć raz wystąpić na Olimpiadzie. Jest to również moje marzenie i dlatego zrobię wszystko, mimo trudnej sytuacji, by wywalczyć awans do Pekinu. Moim zdaniem trudniej jest awansować na IO, niż zdobyć na tej imprezie jakiś medal. Od dziecka marzyłem by pojechać na Olimpiadę i będę do tego celu dążył. Z całych sił pomogę reprezentacji w realizacji nie tylko mojego marzenia. – powiedział reprezentacyjny środkowy, Daniel Pliński.
Nam – fanom, kibicom pozostaje nadzieja i wiara w to, że Polacy w Espinho wywalczą wzorem reprezentacji żeńskiej awans na Igrzyska Olimpijskie. – Zawsze wierzę w naszą reprezentację. Myślę, że w Portugalii pokażą, na co ich stać. Zagrają na swoim dobrym poziomie i awansują na Olimpiadę. Tego im serdecznie życzę. – powiedział na zakończenie, z nadzieją w głosie Bartosz Janeczek.
* Z zawodnikami rozmawiała Weronika Grabowska
Wykop
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
Nie pamiętasz hasła? Nowe hasło
Chcesz być powiadomiany/a o nowościach? Zapisz się do Newslettera.