Reprezentacje | 2008-10-24 17:32:48 | Nadesłał: Karolina Burda | Źrodlo: reprezentacja.net
Powinien być to człowiek wielkiej siły, który wskaże pewne założenia i będzie potrafił się ich trzymać. Musi wytyczyć jasny cel i co najważniejsze, powinien mieć posłuch u zawodników - mówi o przyszłym trenerze Polaków dla Reprezentacja.net Witold Roman, menadżer w kadrze Lozano.
Reprezentacja.net:
Był Pan menadżerem reprezentacji przez cały czas, kiedy stanowisko trenera polskiej kadry piastował Raul Lozano. Jak wspomina Pan początki tej współpracy?
Witold Roman:
- Kiedy patrzę wstecz dziwię się, że udało mi się przetrwać aż cztery lata. Jestem chyba jedynym menadżerem, któremu udało się spędzić na swoim stanowisku tyle czasu, czy to w męskiej, czy żeńskiej reprezentacji. Szczególnie z Lozano (śmiech). Na początku obaj musieliśmy się siebie nauczyć, ja - dowiedzieć się czego trener ode mnie oczekuje, on - zobaczyć jak organizacyjnie radzę sobie na wszystkich polach. Musieliśmy też sprawdzić czy jesteśmy w stanie złapać wspólny język. Początki były „wyczekujące”. Patrzyliśmy na siebie z lekkim niepokojem. Z jednej strony obawialiśmy się, czy sobie poradzimy. Z drugiej, czy te oczekiwania nie będą zbyt wygórowane. Myślę jednak, że po pierwszym roku wszystko było już tak dograne, że rozumieliśmy się bez słów. A dzięki systemowi współpracy jaki wypracowaliśmy działaliśmy lepiej niż duża część najwyżej notowanych zespołów.
Zaczął Pan od poważnego wyzwania, bo przecież funkcja menadżera była dla Pana debiutem po zakończeniu kariery zawodnika...
- Nie do końca. Tak naprawdę można powiedzieć, że menadżerem reprezentacji byłem od lat. Już pod koniec mojej kariery zawodniczej w kadrze, jako kapitan zespołu byłem od załatwiania wszystkiego, od hali począwszy na przejazdach kończąc. Przy wszystkich wyjazdach tłumaczyłem trenerów na konferencjach prasowych. Było mi więc łatwiej, bo jako kapitan i tak zawsze się na nich pojawiałem. W pewnym momencie jednak załatwiałem więcej rzeczy, niż ludzie, którzy tym kierowali. Ale to były inne czasy. Nie mieliśmy menadżera, jeździł z nami tzw. szef delegacji i był to w pewnym sensie wyjazd w nagrodę dla działaczy. Jeździli więc z nami ludzie właściwie przypadkowi. Byli tam po to, żeby zaprezentować się jako osobistości z jakiegoś związku sportowego. Pod koniec swojej reprezentacyjnej kariery dodatkowo "liznąłem" trochę grania za granicą, wiedziałem więc, jak to wszystko powinno wyglądać, gdzie "uderzać", żeby jak najlepiej wszystko załatwić. Tu rzeczywiście trzeba znać środowisko, istotę dyscypliny i koncentrować się na sprawach ważnych. Gdyby na moim miejscu był człowiek z zewnątrz, całkowicie nie znający specyfiki świata siatkarskiego, byłoby mu o wiele trudniej pełnić tą funkcję.
*Rozmawiał Tomasz Kowalik
*Więcej na reprezentacja.net
Wykop
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
Nie pamiętasz hasła? Nowe hasło
Chcesz być powiadomiany/a o nowościach? Zapisz się do Newslettera.