Najnowsze newsy

Siatkówka » Reprezentacje

Reprezentacje | 2008-08-05 22:07:39 | Nadesłał: Agnieszka Mrozewska | Źrodlo: Super Volley / wp.pl

Grbić: Przez Final Six straciliśmy czas

Fot.: FIVB

Wytarte formułki i nudne komunały? Nie w rozmowie z Nikolą Grbiciem. W wywiadzie udzielonym „Super Volley’owi” w Rio de Janeiro charyzmatyczny kapitan reprezentacji Serbii z niezwykłą szczerością mówi o trudnych sprawach i ważnych decyzjach. Naprawdę warto posłuchać i zapamiętać.

Jest pan zadowolony z tego, że wystąpiliście w tegorocznym turnieju finałowym Ligi Światowej? Niektórzy trenerzy oraz zawodnicy otwarcie przyznawali, że w roku olimpijskim te rozgrywki są niepotrzebne i przeszkadzają w przygotowaniach do najważniejszego turnieju sezonu.

- Na tym polega paradoks całej tej sytuacji. Zazwyczaj wychodzisz na boisko po to, aby zwyciężyć, ponieważ chcesz awansować do turnieju finałowego. Tym razem jednak całkowicie rozumiem podejście niektórych ekip do Ligi Światowej. Nie można, a wręcz nie wypada przecież porównywać rangi „światówki” z olimpiadą. Turniej Final Six był w tym roku wyjątkowo trudny ze względu na trzy zasadnicze powody. Po pierwsze zaledwie kilkanaście dni dzieliło finały Ligi Światowej od igrzysk. Kolejnym argumentem było zmęczenie oraz rozstrojenie organizmu spowodowane zmianą stref czasowych, związaną z podróżą do Rio. Awansując do finałowej szóstki straciliśmy także czas, który mogliśmy poświęcić na trenowanie z użyciem nowych piłek, którymi będziemy grać w Pekinie.

Czyli usprawiedliwia pan reprezentacje Bułgarii i Włoch, które odrzuciły propozycję przyjęcia „dzikiej karty”?

- W normalnej sytuacji każdy biłby się o prawo udziału w turnieju finałowym. Bułgaria i Włochy nie chciały przyjechać do Rio i tym samym „dzika karta” trafiła w ręce Japonii, która zajęła dopiero trzecie miejsce w swojej grupie. Gdyby takie zdarzenie miało miejsce nie w roku olimpijskim, to każdy byłby tym faktem zbulwersowany. Tym razem większość przyjęła decyzję sztabów bułgarskiego i włoskiego z pewnym zrozumieniem.

Czy pana drużyna od samego początku chciała awansować do finałowego turnieju? Nie mieliście żadnych wątpliwości?

- Jeszcze na dwa tygodnie przed zakończeniem fazy grupowej mieliśmy ten dylemat. Mogliśmy przecież odpuścić ostatnie mecze i tym samym pozwolić na awans Francuzom. Ten manewr pozwoliłby nam w spokoju przygotowywać się do igrzysk. Ostatecznie zdecydowaliśmy jednak dać z siebie wszystko, żeby przyjechać do Rio. Dzięki temu mogliśmy się zmierzyć z takimi zespołami jak Polska, Brazylia, Rosja, czy Stany Zjednoczone, by stwierdzić na jakim etapie przygotowań jesteśmy i co jeszcze możemy polepszyć. Naszym młodym zawodnikom potrzebne są mecze z rywalami z najwyższej półki w celu podnoszenia umiejętności. To były główne powody, dla których warto było tu przyjeżdżać.

W Pekinie trafiliście do tzw. „grupy śmierci”. Czy z tego powodu przeklina pan system rozstawiania drużyn?

- Szczerze mówiąc, cieszę się z tego, że zmierzymy się w fazie grupowej z tak mocnymi przeciwnikami. W Atenach nasza sytuacja była zgoła odmienna. Trafiliśmy wówczas na Grecję, Francję oraz Polskę. W drugiej grupie znaleźli się Rosjanie, Brazylijczycy, Amerykanie oraz Włosi. W ćwierćfinale można było zatem trafić na jedną z tych czterech silnych ekip. W Pekinie jeśli wyjdziemy z grupy, to natkniemy się być może na Wenezuelę, Stany Zjednoczone, czy Japonię. Z nimi łatwiej będzie powalczyć o półfinał olimpijski. Ponadto, jeśli w pierwszym etapie turnieju masz silnych rywali, to wówczas w ćwierćfinale i ewentualnie w półfinale jesteś lepiej przygotowany do gry. Oczywiście bycie w „grupie śmierci” ma także swoje minusy. Przecież może się zdarzyć, że w ogóle nie wyjdziemy z grupy. Biorąc jednak pod uwagę poziom, jaki prezentujemy, uważam, że stać nas na miejsce w pierwszej czwórce.

W którym zespole upatruje pan najgroźniejszego przeciwnika dla reprezentacji Serbii?

- Moim zdaniem Brazylijczycy i Rosjanie są na wyższym pułapie niż pozostali. Groźni będą zapewne Bułgarzy, choć to jest drużyna nieobliczalna. Oni nie potrafią rozegrać całego turnieju na wysokim, równym poziomie. Świetne występy przeplatają ze słabymi meczami. Niebezpieczni będą na pewno Włosi. Trzeba pamiętać styl, w jakim awansowali do igrzysk, a szczególnie niesamowity mecz z Japonią, gdy przegrywali seta 17:24 i zdołali się podnieść. Tak, czy inaczej sądzę, że turniej w Pekinie będzie bardzo interesujący.

Po zdobyciu złota w Sydney podkreślaliście, że do walki motywowała was ciężka sytuacja waszego narodu (wojna domowa). Swoim zwycięstwem chcieliście przynieść radość rodakom. Co teraz szczególnie was mobilizuje przed Pekinem?

- To co działo się w naszym kraju było bardzo ważne, ale nie tylko to mobilizowało nas do walki. Kierowały nami także czysto sportowe pobudki. Przed turniejem w Sydney, z powodu bojkotu Jugosławii nie mogliśmy grać w międzynarodowych turniejach. Jako młodzi zawodnicy u progu kariery chcieliśmy zaistnieć na międzynarodowej arenie, zasygnalizować swoją obecność. Dzięki dobremu występowi w tak ważnym turnieju otwierały się przed nami drzwi do sławy. Była to także wspaniała okazja do podpisania kontraktów z dobrymi klubami. Zawsze jest kilka powodów, dla których warto coś zrobić, o coś walczyć. Tak było w 2000 roku i tak jest teraz.

Czy pana chęć zwycięstwa jest obecnie tak samo wielka jak osiem lat temu?

- Igrzyska w Pekinie będą czwartymi w mojej karierze. Sam udział w nich jest dla mnie ważnym przeżyciem. Poza tym za każdym razem, gdy wychodzę na boisko mam na plecach napisane własne nazwisko. Dla mnie jest to bardzo ważne, ponieważ grając, reprezentuję nie tylko siebie, ale również swój kraj i ludzi w nim żyjących. Czerpię wystarczająco dużo przyjemności z samego faktu, że jestem wewnątrz drużyny narodowej. Staram się tym nacieszyć, ponieważ jest to najprawdopodobniej ostatnia olimpiada w mojej karierze.

Proszę się nie zarzekać. Jako rozgrywający może pan spokojnie pograć w reprezentacji jeszcze kilka ładnych lat.

- Muszę przyznać, że ciężko mi wyobrazić sobie moje życie bez drużyny narodowej. Już nieraz zastanawiałem się jak to będzie, a w ostatnim czasie myślę o tym nieustannie. Kiedy graliśmy mecz w Belgradzie przy pełnych trybunach, to mówiłem do siebie: „ O kurczę, to jest ostatni mecz grany przed własną publicznością!”. Jestem przekonany, że będę tęsknił za tym reprezentacyjnym życiem, które trwa już 15 lat. Przeżyłem z kadrą naprawdę wspaniałe momenty, ale czas biegnie nieubłaganie. Mam także swoją rodzinę i półtorarocznego syna, który za każdym razem bardzo przeżywa rozłąkę ze mną. Poza siatkówką czekają na mnie inne sprawy. Będzie mi niezwykle ciężko przywyknąć do nowej rzeczywistości, lecz takie właśnie jest życie.

Mimo dobrego występu Serbii na mistrzostwach Europy w Moskwie (brązowy medal) oraz awansu na igrzyska stwierdził pan, że nie widzi godnych następców „starej jugosłowiańskiej generacji”. Czy nadal podtrzymuje pan to zdanie?

- Tak. Ci młodzi zawodnicy mają potencjał, ale sądzę, że proces budowania silnej drużyny potrwa jeszcze kilka lat. Ale ostrzegam, że my jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa! Przy zmianie pokoleniowej zawsze są jakieś wzloty i upadki. Najważniejsze jest to, aby nie nakładać na młodych graczy zbyt dużej presji. Najstarszy z nich ma 26 lat, a ja 34. Osiem lat to spora różnica. My, jako starsi i bardziej doświadczeni zawodnicy, staramy się podawać im pomocną dłoń, pomagać im dojrzewać nie tylko jako zawodnikom, ale także jako mężczyznom. Uczymy ich między innymi utrzymywać nerwy na wodzy i spoglądać na różne sytuacje racjonalnie, bez zbędnych emocji.

Wydaje się, że opanował pan tę sztukę do perfekcji. Podczas meczów nie zwraca pan uwagi na otoczenie, przenosi się pan do innego świata.

- O to właśnie w tym chodzi. Staram się koncentrować tylko i wyłącznie na tym, co mam zrobić w danej chwili. To wymaga lat treningów. Gdy wychodzę na boisko, skupiam się tylko i wyłącznie na grze. Cała reszta, czyli kibice przeciwnej drużyny, czy też sędziowie, dla mnie nie istnieje. Szum, oklaski, krzyki w hali nie mają nic wspólnego z moją grą. Dla mnie liczy się wyłącznie piłka i dana akcja, w której biorę udział. Jestem zadowolony, że tę sztukę odizolowania od reszty świata opanowałem do tego stopnia. Pamiętam jeszcze czasy, gdy miałem dwadzieścia kilka lat i wychodząc na boisko zachłystywałem się panującą na trybunach atmosferą. Przez tę presję, która się wówczas pojawiała, zdarzały mi się słabsze występy, ale na szczęście z czasem udało mi się to zwalczyć.

Ten sposób zachowania wpływa też znacząco na pozostałych zawodników w pana drużynie.

- To prawda, zyskują na tym szczególnie młodzi gracze. Jeśli w swoim zespole masz doświadczonego zawodnika i on w ważnych momentach meczu pozostaje spokojny, wtedy młodsi także nie są zdenerwowani. Gdybym pokazywał swoje emocje i zdenerwowanie, to mogłoby to prowadzić do katastrofy.

Czy przez te wszystkie lata występów w reprezentacji poczuł pan, że z racji bycia liderem, ciąży na panu coraz większa presja?

- Być może presja ciążąca na mnie jest większa i wymaga się ode mnie więcej niż od innych, ale ja zupełnie nie zwracam na to uwagi. Przez ten okres nauczyłem się odcinać od takich rzeczy. Za każdym razem wychodzę na boisko i staram się dawać z siebie maksimum. Nie planuję niczego z góry, tylko dostosowuje się do bieżącej sytuacji i to stanowi dla mnie kwintesencję przywództwa. Tego nauczyłem się przez ostatnie 10 lat. Nie jestem już tak entuzjastycznie usposobiony jak na przykład w 2000 roku, gdy zdobywaliśmy złoty medal w Sydney. Choć przyznaję, że bardzo chciałbym na zawsze zachować to uczucie, gdy wygrywaliśmy olimpiadę. Fajnie by było, gdybym w każdym momencie mógł uszczknąć z tamtych chwil tyle, ile mi potrzeba. Po tylu latach już nic nie wyzwala we mnie emocji na taką skalę, choć muszę przyznać, że poziom adrenaliny po wygranym ważnym spotkaniu nadal jest u mnie bardzo wysoki. Chyba właśnie tego uczucia będzie mi brakowało najbardziej po zakończeniu kariery.

Słynie pan z silnej osobowości. Niektórzy twierdzą, że to nie trenerzy, a właśnie pan jest osobą, która rządzi w drużynie.

- W reprezentacji panuje teraz taki układ, że podczas przerw w grze zawsze pierwszy głos zabiera Igor Kolaković. Gdy kończy mówić, wówczas może się zdarzyć, że i ja wypowiem swoje zdanie. Zarówno w reprezentacji za kadencji różnych trenerów, jak i w klubie w Trento, szkoleniowcy mi na to pozwalają. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że przenigdy nie powiedziałbym czegoś, co byłoby nie na miejscu. Mogą być pewni, że moja „przemowa” będzie zawsze konstruktywna. „Zagrajmy w ten sposób”, „Zaserwuj mocniej”, „Ustawmy blok na tego zawodnika” – tak wyglądają moje wskazówki. Trenerzy zawsze zostawiają mi trochę czasu, abym mógł wyrazić swoje zdanie. Nigdy nie powiedziałbym do szkoleniowca: „Igor (Kolaković – przyp. red.) poczekaj chwileczkę. Chcę coś pierwszy powiedzieć”. Zdarza się, że sugeruję Igorowi, czy mojemu trenerowi klubowemu, aby zwrócili na coś szczególną uwagę. Oni są zaledwie kilka lat starsi ode mnie i jestem przekonany, że mam więcej doświadczenia niż oni obaj razem wzięci, jednak nigdy nie zrobiłbym czegoś przeciwko własnej drużynie. Wszyscy płyniemy przecież na jednej łódce. Jeśli ona zatonie, to wtedy i ja pójdę na dno.

Czy robi pan w ten sposób wstępne przygotowanie przed podjęciem pracy trenerskiej?

- Sądzę, być może nieskromnie, że byłbym świetnym trenerem, ale na razie nie chcę się tym zajmować. Bardzo często rozmawiam z wieloma szkoleniowcami i zdaję sobie sprawę, że to ciężki kawałek chleba. Kiedy zawodnik kończy trening i opuszcza halę, to jeśli nawet poszło mu nie najlepiej, bardzo szybko wraca do swoich prywatnych spraw, zapominając o tym fakcie. Trener natomiast po zakończeniu ćwiczeń wciąż pracuje. Myśli co ulepszyć, jak wyeliminować błędy danego zawodnika, jak prowadzić dalsze przygotowania. Właśnie takim trenerem chciałbym być. Musiałbym zawsze być przygotowany, dawałbym z siebie wszystko, aby odpowiednio przygotować drużynę. Ale jeśli chciałbym pracować w ten sposób, to nie miałbym wcale czasu dla swojej rodziny.

Sugeruje pan, że po przegranym meczu, zawodnicy z miejsca o nim zapominają i przechodzą nad tym co się wydarzyło do porządku dziennego?

- W miarę upływu lat nauczyłem się przyjmować porażki łagodniej. Pamiętam jak płakałem po przegranym finale mistrzostw świata w Japonii w 1998 roku. Ze łzami wylałem wtedy całe swoje rozczarowanie. Teraz już tak nie reaguję. Takie jest życie, nie zawsze można wygrać. Ale to nie wygląda tak, że po przegranym meczu śmieję się, albo idę na dyskotekę. Porażka nie jest powodem do tego, by podcinać sobie żyły. Mogą być różne powody, dlaczego zostałeś pokonany. Może przegrałeś, bo byłeś źle przygotowany, a może dlatego, że danego dnia przeciwnik był po prostu lepszy.

Czy w związku z sytuacją polityczną panującą w Chinach, uważa pan, że wybór gospodarza tegorocznych igrzysk był trafny?

- Niestety, sport bardzo często jest wplątany w politykę, choć niektórzy próbują wmawiać nam co innego. My, gdy istniała Jugosławia, przekonaliśmy się na własnej skórze, że sport i polityka są ze sobą ściśle powiązane. W związku z sytuacją panującą w naszym kraju zakazano naszym sportowcom występu na sportowych imprezach. Kiedy kilka lat temu, gdy wybrano Pekin na gospodarza igrzysk, nikt szczególnie nie interesował się sytuacją polityczną panującą w Chinach. Jednak im bliżej są igrzyska, z tym większą intensywnością jesteśmy bombardowani informacjami na ten temat. Niektórzy próbują wykorzystać ten fakt dla swoich politycznych celów. Także w Serbii rozgorzała na ten temat dyskusja. Wielu ludzi związanych ze sportem nawołuje do tego, aby skupić się wyłącznie na sportowej rywalizacji, odciąć się od polityki. Ja całkowicie podzielam ten punkt widzenia.

Wiele razy podkreśla pan rolę przygotowania psychicznego zawodników, kształtowania mentalności zwycięzcy. Czy psychika pełni tę najważniejszą rolę w kształtowaniu sportowca?

- Z pewnością jest ona jednym z kluczowych elementów, które decydują o zwycięstwie. Można ją wykształcić tylko wówczas, gdy za każdym razem wychodząc na boisko myślisz wyłącznie o zwycięstwie, bez względu na wszystko, pragnąc wygranej. Na przykład nasz drugi mecz w turnieju finałowym Ligi Światowej w Rio de Janeiro, w którym zmierzyliśmy się z Polakami, mogliśmy najprościej w świecie odpuścić. Dzięki zwycięstwie nad Amerykanami, mieliśmy już zapewniony awans do półfinału, ale to nie byłoby fair w stosunku do Amerykanów i nie miałoby nic wspólnego z profesjonalizmem. Na igrzyskach olimpijskich w Atenach Brazylijczycy pozwolili ograć się Amerykanom tylko po to, żeby Serbia i Czarnogóra trafiła w następnej rundzie na Rosję. Takie manipulacje nie powinny mieć miejsca! Podczas igrzysk w Sydney nasza drużyna była w podobnej sytuacji. Mogliśmy pozwolić, aby wygrała Korea i wtedy to Koreańczycy, a nie Argentyna, awansowaliby do ćwierćfinału. Nie mógłbym jednak potem spojrzeć w twarz moim argentyńskim kolegom, z którymi grałem w jednym klubie. Uważam, że za każdym razem powinieneś dawać z siebie wszystko i próbować wygrać.

Jaki rezultat osiągnięty w Pekinie będzie dla pana sukcesem, a co będzie pan uważał za porażkę?

- Dla mnie wynik nie będzie najważniejszy, liczy się postawa zespołu w trakcie turnieju. Jeśli uda się zdobyć złoty medal, to oczywiście będę bardzo szczęśliwy. Jeśli jednak zagramy na naszym najwyższym poziomie, a mimo to przeciwnik okaże się lepszy, to porażkę przyjmę z pokorą. Najistotniejsze w tym wszystkim jest to, aby za każdym razem dawać z siebie wszystko i tego wymagam od siebie oraz swojej drużyny.

Wszyscy doskonale pamiętamy sytuację z igrzysk w Sydney, kiedy to pański brat – Vladimir najpierw obronił niesamowitą piłkę, by potem zablokować Romana Jakowlewa. Kto pana zdaniem będzie wyczyniał na boisku w Pekinie podobne cuda?

- Dobre pytanie! Obecnie w naszym zespole mamy zgrany kolektyw złożony przeważnie z młodych zawodników. Tworzymy zespół, w którym brak indywidualności pokroju Vlado. Ivan Miljković jest wielką osobowością, ale on nie ma duszy showmena. Na chwilę obecną takiej osoby brakuje w naszej kadrze, ale być może taki „artysta” nam się narodzi właśnie w Pekinie.

W Rio de Janeiro rozmawiała: Katarzyna Fraś

Nikola Grbić
Data i miejsce urodzenia: 06.09.1973, Zrenjanin (Serbia)
Wzrost/waga: 195 cm/86 kg
Zasięg w bloku/ataku: 330/346
Stan cywilny: żonaty
Pozycja: rozgrywający
Kluby: GIK Banat (1987-1993), Vojvodina Nowy Sad (1993-1994), Gabeca Montichiari (1994-1995 i 1996-1997), TNT Traco Catania (1995-1996), Alpitour Cuneo (1997-1999), Sisley Treviso (1999-2000), Asystel Mediolan (2000-2003), Copra Piacenza (2003-2007), Itas Diatec Trentino (od 2007).
Największe sukcesy – reprezentacja: mistrzostwo olimpijskie (2000), brązowy medal igrzysk olimpijskich (1996), wicemistrzostwo świata (1998), mistrzostwo Europy (2001), brązowy medal mistrzostw Europ (2005, 2007)
Klub: mistrzostwo Włoch (2008 z Itasem), Puchar Włoch (1999, 2000 z Sisleyem), 1. miejsce w Lidze Mistrzów (2000 z Sisleyem), 1. miejsce w Top Teams Cup (2006 z Coprą), Superpuchar Europy (1997 i 1999 z Alpiturem).
Wyróżnienia indywidualne: najlepiej rozgrywający mistrzostw Europy (2001, 2003, 2005).

Dodaj do:
Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Siatkówka

PlusLiga

Najnowsze galerie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Polecane