Najnowsze newsy

Siatkówka » Reprezentacje

Reprezentacje | 2008-08-05 22:02:17 | Nadesłał: Agnieszka Mrozewska | Źrodlo: Super Volley /wp.pl

Spowiedź Marco Bonitty

Fot.: Magdalena Kudzia

Przyznaję się do błędów – mówi Marco Bonitta, trener naszej reprezentacji w przeddzień igrzysk olimpijskich w Pekinie. Takie słowa z ust tego charyzmatycznego szkoleniowca to rzadkość. Włoski selekcjoner wie jednak, że przed nim impreza niezwykła. Cztery lata temu do Aten leciał z Włoszkami jako faworyt i przegrał. W Pekinie chce więc sprawić z Polkami niespodziankę.

Po igrzyskach wraca pan do Włoch. Nasz wywiad jest więc swego rodzaju pożegnaniem z polskimi kibicami, podsumowaniem pana pracy?

- Nie wiem, czy wrócę do ojczyzny. Zdecydowaliśmy z prezesem Przedpełskim, że przed igrzyskami nie będziemy komentować tego typu tematów. Kończy mi się jednak kontrakt i dopiero po tej imprezie zadecydujemy z władzami związku o mojej przyszłości.

Podsumujmy więc ostatnie tygodnie, które były i tak wystarczająco gorące. Wszystko zaczęło się w Japonii. W Tokio wreszcie wywalczyliśmy olimpijskie przepustki.

- Przed turniejem mieliśmy jednak kilka zmartwień. Nie mogliśmy do końca odpowiednio się przygotować. Ja sam byłem chyba najbardziej przejęty kwalifikacjami i zachowywałem się nerwowo. W dodatku nie mieliśmy czasu na treningi z wszystkimi zawodniczkami. "Maggie" Glinka dotarła do nas już na lotnisku w Monachium. Bałem się więc o losy eliminacji. Kiedy mieliśmy czas na przygotowania, graliśmy dobrze, a przed turniejem w Japonii tego czasu nie było. Na szczęście graliśmy z meczu na mecz coraz lepiej. Przegraliśmy pierwsze spotkanie z gospodyniami, ale potem było już lepiej.

Przed tymi zawodami mówił pan, że ma jeden ukryty cel. Co to było?

- Chciałem nie tylko zdobyć olimpijskie przepustki, ale też wygrać cały turniej. I udało nam się wyprzedzić Serbki o dwa małe punkty. Mieliśmy też szczęście, ale szczęście w sporcie jest bardzo ważne.

Potem przyszło Grand Prix. To był test raczej dla zmienniczek.

- Wiele z nich znalazło miejsce w drużynie na dłużej i mogło pokazać się z dobrej strony, powalczyć o przepustki olimpijskie. Szczególnie, że wcześniej niektóre nie grały w reprezentacji. Potem przyszły treningi w Szczyrku już w okrojonym składzie. Rozmawiamy kilka dni przed wylotem do Pekinu, ale wierzę, że te kilka dni wystarczy, aby odzyskać klimat w drużynie, ducha zespołu, który wytworzył się przed turniejem w Halle.

Wydawało się, że tego ducha odnaleźliście już przed wylotem do Japonii, a kwalifikacja do Pekinu powinna poprawić już i tak dobrą atmosferę. A tymczasem w Azji wydarzyło się kilka rzeczy, które nadwątliły niektóre relacje w grupie, które potem zostały jeszcze bardziej zachwiane.

- W Japonii zaczęły pojawiać się sygnały, których jednak jeszcze wtedy nie zauważyłem, a które zrozumiałem trochę później. Ta reprezentacja jest grupą siatkarek, mających przeróżne potrzeby. A ja potrzebowałem czasu, aby poznać te potrzeby. I przyznaję, że być może spóźniłem się w ocenie niektórych zdarzeń.

Możemy mówić o konkretach?

- Wśród zawodniczek pojawiło się napięcie, tarcia. Ich kulminacją w pewnym sensie był turniej Grand Prix we Wrocławiu. Doszło do mojego starcia z jedną z siatkarek. Paradoksalnie cieszę się jednak, że wtedy doszło do tych zdarzeń. Mieliśmy czas, aby się dotrzeć, porozmawiać i powiedzieć sobie: „nikt z nas nie jest doskonały, ale możemy ze sobą razem pracować. Pozostało nam sporo czasu do igrzysk i poświęćmy go w całości tej reprezentacji i igrzyskom w Pekinie.”

Spięcie z Katarzyną Skorupą, bo o niej mówimy, to nie był koniec problemów. Ich prawdziwym epicentrum był dzień pogrzebu Agaty Mróz. To był niezwykle smutny moment dla polskiej siatkówki, zakończony niepotrzebnym zamieszaniem w kadrze.

- To był naprawdę trudny dzień. Odeszła od nas młoda dziewczyna. Siatkarka, ale przede wszystkim wspaniała kobieta. W dodatku od niedawna matka, która dopiero co założyła rodzinę. Poznałem ją na Teneryfie, kiedy poleciałem porozmawiać z nią i z „Maggie” Glinką. Od razu wydała mi się wspaniałą dziewczyną. Zresztą powiedziała mi wtedy: jeśli tylko zdrowie pozwoli, chciałabym pomóc tej drużynie i pojechać na igrzyska. Jak wiemy, niestety nie będzie to możliwe. To był trudny, smutny dzień.

Wieczorem wykluczył pan z reprezentacji trzy siatkarki: Skorupę, Annę Barańską i Katarzynę Skowrońską. To wszystko w wyniku totalnego nieporozumienia na linii siatkarki – trener – menedżer reprezentacji. Pana decyzja to chyba największy błąd w trakcie przygody w Polsce. Żałuje jej pan dzisiaj?

- Zdecydowanie, nie była to najlepsza z moich decyzji. Przyznaję to i przyznałem się do błędu także przed dziewczynami. Wykluczając z kadry trzy siatkarki, nie miałem dobrych informacji. Podjąłem nieco instynktowną decyzję, która była mylna. To był początek jakiegoś rozłamu w kadrze. Nazwałbym to "zamieszaniem". Wśród zawodniczek pojawił się niepokój. Dopytywały się między sobą, co się stało. Nie rozumiały mojej decyzji. A ja myślałem, byłem przekonany, że to jedyne wyjście. Tak nie było. To był błąd! Powinienem był przede wszystkim porozmawiać z zawodniczkami i przyznałem to później w rozmowie z nimi. Nie zrobiłem tego z powodu zmęczenia, psychicznego wyczerpania spowodowanego tym trudnym dniem. Wierzę, że z czasem jednak udało się przywrócić odpowiedni stan rzeczy.

W pewnym momencie wydawało się, że najtrudniejsze relacje miał pan z Anną Barańską.

- Mieliśmy to szczęście, że zbieg okoliczności zmusił nas do wyjazdu na ostatni turniej Grand Prix w Taipei, na którym miało zabraknąć, i mnie, i jej. Dzięki temu mieliśmy czas i sposobność wyjaśnić sobie wszystkie problemy i to z dala od reporterskich fleszy. Usiedliśmy przy piwie i przez dwie godziny przeprowadziliśmy szczerą rozmowę. Nie możemy powiedzieć, że teraz jesteśmy wielkimi przyjaciółmi, ale między nami jest pełen szacunek i profesjonalne podejście do zawodu. Oboje chcemy osiągnąć ten sam cel. Z nią i ze Skorupą relacje wróciły na właściwy tor.

Przez chwilę był pan skłonny odstawić Skorupę od kadry. Po waszym spięciu, mówił pan, że nie widzi szansy współpracy z siatkarką, która nie słucha pana wytycznych. Tymczasem Skorupa leci do Chin.

- Zawsze powtarzałem, że ona i Milena Sadurek to moje najlepsze rozgrywające. Ale przyznaję, że miałem chwilę, kiedy zastanawiałem się nad zmianą tej sytuacji. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Skorupa nie wykonuje moich poleceń. Kiedy poznałem jej argumenty, a ona zrozumiała, że sama niczego nie osiągnie, wyjaśniliśmy sobie wszystko. I teraz Skorupa jest chyba spokojniejsza. Wie, że może być niezależna, ale nie jest w tej drużynie sama. Są rzeczy, z którymi i ja się nie zgadzam, ale teraz przynajmniej rozumiem ją lepiej.

Podczas pana pracy w Polsce nie brakowało kontrowersji. Jak będzie pan wspominał pobyt w naszym kraju?

- To było półtorej roku wielkich zmian. Zmieniłem trzech menedżerów, ale także fizjoterapeutę. Zresztą nie z mojego powodu. Zmieniliśmy także członków sztabu szkoleniowego. Zaczynałem przecież z Magdą Śliwą, jako moją asystentką, a teraz jest nim Mauro Masacci. No i wreszcie nie ma już kilku dziewczyn, które powoływałem na początku. Tym samym zachwiana została pewna równowaga, która panowała wcześniej i która doprowadziła do wielkich sukcesów. Ale nie można nimi żyć nieustannie. Szczególnie w obliczu igrzysk. Na tak ważnej imprezie potrzeba ludzi, którzy będą w stanie walczyć na najwyższych obrotach. Podejmowałem więc trudne decyzje, czasami niepopularne, ale wierzę że skuteczne.

Jedną z decyzji było także odpuszczenie World Grand Prix. Nie uważa pan, że w perspektywie czasu okazało się to błędne? Stracił pan szansę na zgranie drużyny i odpowiednie treningi w pełnym składzie.

- Na pewno znalazłem wiele odpowiedzi na pytania, których szukałem. Zaprogramowaliśmy Grand Prix w ryzykowny sposób. Teraz z perspektywy czasu widzę, że nie do końca było to dobre, bo brakuje nam zgrania i rytmu meczowego. Z drugiej strony byliśmy już na wyczerpaniu energii psychofizycznych i potrzebowaliśmy odpoczynku. Zaryzykowałem więc wystawienie na ten turniej drużyny mało doświadczonej. Dzięki temu znalazłem nowe zawodniczki.

Potem były treningi w Szczyrku, i dwa turnieje towarzyskie w Moskwie i Belgradzie. Ostatnie etapy przygotowań. Jest pan pewien, że forma zespołu jest odpowiednia?

- Jestem spokojny. Kilka niepewności pozostało, ale musiałem ryzykować. Na przykład dając odpocząć niektórym zawodniczkom. Nie wiem, czy znajdziemy odpowiednio szybko meczowy rytm. Ale innym zagrożeniem był wyjazd do Pekinu drużyny przemęczonej. Wolałem więc zaryzykować to pierwsze. Zresztą dlatego w ostatnich tygodniach przed wylotem do Chin stałem się znowu starym, niedobrym Bonittą, który krzyczał, pouczał i ganił. Ale w krótkim czasie musieliśmy znaleźć odpowiednią formę. Nie tylko fizyczną. Jestem pewien, że to była najlepsza droga prowadząca do igrzysk.

A selekcja? Jest pan także w 100 procentach pewien swoich decyzji personalnych?

- W ostatnim czasie w Szczyrku trenowało 14 zawodniczek. I jestem przekonany, że to było 14 najlepszych. Być może wcześniej mogłem spróbować kilka innych nazwisk, ale o powołaniach olimpijskich musi decydować nie tylko dyspozycja fizyczna. Przykładowo Joanna Mirek sama przyznała, że nie jest gotowa trenować i grać w rytmie olimpijskim, gdzie co drugi dzień trzeba być w najwyższej formie. A to jedna z tych dziewczyn, które walczyłyby na pewno do samego końca o olimpijską przepustkę. Dlatego jestem pewien swoich decyzji.

Już w Szczyrku zadecydował pan o tym, że do Pekinu nie polecą Anna Woźniakowska i Lena Dziękiewicz. Szczególnie brak tej drugiej był niespodzianką.

- Uznałem, że Kasia Gajgał daje mi odrobinę większą pewność gry w ataku i obronie. I ona, i Lena to dwie słoneczne osoby, które wnoszą do reprezentacji wiele optymizmu, ale z jednej z nich musiałem zrezygnować. Niestety.

W ostatniej chwili przyplątała się też kontuzja Ani Podolec, największe nieszczęście każdego sportowca.

- Ania Podolec ma wielkiego pecha. W jej karierze nigdy nie brakowało problemów zdrowotnych. Tuż przed wylotem do Moskwy wróciły kłopoty z barkiem. Jestem wkurzony, bo miała być już zdrowa. Zapewniano mnie, że może trenować bez problemów, a tymczasem na kilka dni przed wylotem do Pekinu nie wiem, czy mogę na nią liczyć. Ania to jedna z najważniejszych dziewczyn w naszej grupie, jedna z tych które mogą rozstrzygnąć każdy mecz na naszą korzyść.

Zakończmy więc jakimś pozytywnym akcentem. Co możemy wygrać na igrzyskach?

- Na tej imprezie do wygrania są tylko medale. Reszta się nie liczy. Ale musimy być realistami i przyznać, że do tych krążków aspiruje 5-6 drużyn, z których przynajmniej dwie są znacznie od nas lepsze. Pozostałe są już zdecydowanie na naszym zasięgu. Pokazaliśmy to podczas Pucharu Świata. Stany Zjednoczone, Kuba, a nawet Chiny mogą być niedaleko. Włochy wraz z kontuzją Del Core straciły równowagę w składzie, a Rosja to wielka niewiadoma. Brakuje im rytmu meczowego. Trochę jak nam. Czwórka najsilniejszych to Chiny, Włochy, Brazylia i Kuba. I to powinny być półfinalistki turnieju. My możemy wygrać, pokazując, że jesteśmy w optymalnej, najwyższej z możliwych dyspozycji. Naszym celem minimum jest ćwierćfinał. To jest absolutnie do osiągnięcia, a będąc już na tym etapie grasz jeden mecz, który decyduje o wszystkim. Zwycięzca gra dalej, przegrany wraca do domu. Musimy więc dotrzeć do ćwierćfinału i spróbować ograć któregoś z faworytów. Wierzę, że to jest możliwe.


ROZMAWIAŁ: MARCIN LEPA (Polsat Sport)

Dodaj do:
Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Siatkówka

PlusLiga

Najnowsze galerie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Polecane