Plażowa | 2008-07-12 12:24:50 | Nadesłał: Agnieszka Mrozewska | Źrodlo: supervolley.pl
Choć trudno w to uwierzyć, wygrał z różnymi partnerami 69 turniejów World Touru w siatkówce plażowej. Jest mistrzem olimpijskim i dwukrotnym mistrzem świata oraz specjalistą od triumfów w... Starych Jabłonkach. Na początku czerwca w parze z Ricardo Santosem wygrał na polskich Mazurach już po raz czwarty.
Jaka jest pana recepta na to, by tak długo pozostać na szczycie? W Polsce bardzo często powtarza się słowa Giby wypowiedziane po finale mistrzostw świata w Japonii: że prawdziwym mistrzem jest ten, kto potrafi utrzymać długo wysoki poziom, a nie ten, kto tylko raz zdobędzie medal. Pan z Ricardo wygrywa niemal wszystko, a Polska po srebrnym medalu w Tokio nie osiągnęła już nic.
Giba to mądry facet, wie co mówi. I wie, jak ciężko utrzymać się na szczycie. Nie wiem, co stało się z waszym zespołem. Może zabrakło dobrej chemii w drużynie? Reprezentacja Brazylii to nie tylko zespół, a prawdziwa rodzina. Widzę, że lekko się pan uśmiecha, ale to naprawdę nie tylko słowa. W tej kadrze wszyscy się lubią, na każdego możesz liczyć. Gdy masz kłopot, wszyscy pomogą ci w trudnej chwili. Tam nie dołuje się kolegi, a ciągnie go do przodu, gdy sam nie może iść. Nikt nie chce nikogo rozczarować i na tym właśnie polega dobra chemia, o której mówię. Tak funkcjonuje rodzina brazylijskich siatkarzy, którą znam bardzo dobrze.
Pana i Ricardo w Pekinie nikt nie dogoni? Turniej w Starych Jabłonkach był dopiero pierwszym, który wygraliście w roku olimpijskim. Zaczynaliście się już niepokoić?
Ani trochę. Po prostu wszystko przez ostatnie miesiące podporządkowaliśmy igrzyskom. Ciężej niż zazwyczaj pracujemy na siłowni, więcej czasu analizujemy grę innych par, także trening mentalny odbywa się pod kątem sierpniowego turnieju w Pekinie. Bo to właśnie tam jest do wygrania coś wielkiego: wspaniałe uczucie, którego doznać można tylko na najwyższym stopniu olimpijskiego podium. Tego nie da się porównać absolutnie do niczego. Chwili, gdy odbierałem złoty medal w Atenach nie zapomnę do końca życia. Tamto zwycięstwo ostatecznie pokazało, że to, co wybrałem w życiu miało sens, że było warto ciężko pracować przez wszystkie lata. Długo na to czekałem, dlatego byłem tak wzruszony. Nadal jestem, gdy to wspominam!
Ale ten medal, tak dla pana cenny, chciał pan potem oddać Vanderlei’owi de Limie, brazylijskiemu maratończykowi, zaatakowanemu na trasie w Atenach...
Bo zwycięstwo w igrzyskach to nie medal, a uczucie, że zrobiłeś coś, co jest największą radością, prawdziwym spełnieniem. Że okazałeś się najlepszy. Wiem co mówię, bo wcześniej dwa razy zostałem bez medalu, coś zawiodło. Na kolejną szansę musisz czekać cztery lata i przez ten czas nie możesz odpuścić ani trochę. To nie jest łatwe, zwłaszcza dla pary, która jechała na igrzyska w roli głównego faworyta. Tak było w 2000 roku ze mną i Jose Loiolą. Mając za sobą trzy starty w igrzyskach, wiedziałem co znaczy ból przegrania swojej szansy. W Atenach podjąłem próbę walki o swoje marzenia. Porozumiałem się z Ricardo, każdy trening i mecz podporządkowaliśmy jednemu celowi, jak teraz. Chcieliśmy tego samego, myśleliśmy tylko o jednym. Udało się. Dlatego na podium zeszło z nas całe ciśnienie, a łzy same cisnęły się do oczu. Możesz wygrać dziesiątki turniejów, ale takiego uczucia nie zaznasz. Powtarzam to, bo nagle, siedząc już w domu przed telewizorem, zdałem sobie sprawę, jaką szansę na oczach całego świata traci Vanderlei. Nawet mój syn, razem z którym oglądaliśmy transmisję olimpijskiego maratonu zauważył, jak byłem przerażony tym, co zobaczyłem w telewizji. To był szok... Nadal nie rozumiem, jak można tak zepsuć komuś życie, jak ten wariat chciał Vanderlei’owi?! Byłem pełen podziwu, że on pozbierał się po tym wszystkim i dobiegł do mety, choć stracił pierwszą pozycję. Potem spotkaliśmy się, niespodziewanie dla mnie, w programie na żywo w telewizji. Słuchałem, jakie miał wcześniej kłopoty na igrzyskach, jak ciężko pracował na realizację swoich marzeń. Spontanicznie więc powiedziałem, że chcę oddać mu mój medal, bo jemu bardziej się należy. Był zdziwiony, ale odmówił, choć nalegałem. Wiedziałem, że ja swój medal i tak będę miał w sercu i duszy, więc Vanderlei wydał mi się bardziej godnym by mieć na szyi złoto. Niby tylko kawałek metalu, ale jednak... Tymczasem on powiedział, że woli swój brązowy, bo sam go wywalczył. To wszystko było bardzo naturalne, obu nas wzruszyło.
W specjalnym wywiadzie dla „Super Volley’a” Semen Połtawski powiedział, że Giba jest przereklamowany, że nie jest wcale tak dobry, za jakiego wszyscy go uważają. Co pan na to?
Ma prawo tak sądzić, może powiedzieć, co chce. Ale ja mam trochę inne podejście do siatkówki niż on. Giba jest bardzo ważnym człowiekiem na boisku, jest jednym z najważniejszych ogniw naszej reprezentacji. On czyni różnicę, dzięki której Brazylia wygrywa. Najlepszym zawodnikiem na boisku wcale nie jest ten, który w każdym meczu zdobywa 30 punktów i wbija gwoździe w boisko po drugiej stronie siatki, pokazując jak mocno potrafi uderzyć piłkę. Najważniejszy jest ten, który trzyma zespół razem na boisku, a w kluczowym momencie jest w stanie zaskoczyć rywala, zrobić coś nowego, czego tamten się nie spodziewa. Giba jest takim siatkarzem i dlatego jest tak istotny w naszym mistrzowskim przepisie. Dlatego jest najlepszy.
Więcej w „Super Volley’u”
Wykop
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
Nie pamiętasz hasła? Nowe hasło
Chcesz być powiadomiany/a o nowościach? Zapisz się do Newslettera.