Ligi zagraniczne | 2008-06-17 00:36:00 | Nadesłał: Agnieszka Mrozewska | Źrodlo: Super Volley
W opasłym albumie, do którego Jerzy Winiarski wkleja wszystkie artykuły dotyczące syna, doszedł kolejny rozdział. Kto wie czy nie najgrubszy? Od 7 maja „Winiar” może o sobie powiedzieć: Io sono campionato Italiano (jestem mistrzem Włoch). A tego zaszczytu dostępują tylko nieliczni.
7 maja w trzecim meczu finałowym Serie A1 Itas Diatec Trentino pokonał Coprę Piacenza 3:0 i po raz pierwszy w historii wywalczył scudetto. Na szyjach Michała Winiarskiego i Jakuba Bednaruka zawisły złote medale za wygranie rywalizacji w najlepszej lidze świata. Kiedy „Winiar” przyjechał do Polski na zgrupowanie reprezentacji, poprosiliśmy go o podsumowanie sezonu w lidze włoskiej, najcięższego z dotychczasowych, ale i najpiękniejszego. Oto wspomnienia mistrza Włoch.
SCUDETTO (tytuł mistrzowski)
Zawsze marzyłem o tym żeby grać w lidze włoskiej, a jak na razie moje marzenia się spełniają. Gdy byłem małym chłopakiem powiesiłem sobie na ścianie plakat AZS Częstochowa i marzyłem żeby kiedyś grać w tym klubie. I udało się, ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego trafiłem do Częstochowy. Potem byłem w najlepszym w Polsce klubie, czyli Skrze Bełchatów, z którą zdobyłem mistrzostwo. Gdyby ktoś mi powiedział, że w wieku 20 lat trafię do reprezentacji Polski, popukałbym się w czoło, ale i to marzenie udało mi się spełnić. Potem była liga włoska, no i po dwóch latach gry w Itasie wymarzony tytuł.
DUBIO (zwątpienie)
To był mój najtrudniejszy rok, pod każdym względem. Nigdy wcześniej tak ciężko nie trenowałem, nigdy nie miałem takich kłopotów. Miałem naprawdę trudne momenty w tym sezonie. Przyplątała mi się kontuzja, może niespecjalnie groźna, ale po raz pierwszy w karierze byłem wyłączony z gry na kilka tygodni. Zachorował mój synek, który miał rotawirus (stan zapalny żołądkowo-jelitowy, zwany także biegunką niemowlęcą – przyp. red.). Przez kilka dni nic nie jadł i gdyby nie to, że żona karmiła go piersią, byłoby bardzo źle. Odwodnił się, miał 40 stopni gorączki i skończyło się szpitalem. Dla mnie, młodego ojca to było naprawdę ciężkie przeżycie. Do tego forsowne treningi, jakich nie ma nawet u Raula Lozano. W pierwszym sezonie w Itasie, gdy naszym trenerem był Brazylijczyk, miałem przynajmniej trzy wolne poranki w tygodniu, a przy Stojczewie tylko jeden. Rano trenowaliśmy po trzy godziny, po południu znowu po dwie-trzy. Nawet nie chodzi o to, że było bardzo ciężko, ale przybijała nas ta monotonia. Ja i tak miałem szczęście, bo nie uczestniczyłem w okresie przygotowawczym. Tam dopiero chłopaki dostali w kość. Pewnie, że były chwile gdy przeklinaliśmy trenera i mieliśmy wszystkiego dość. Sam się bałem, że będziemy przetrenowani, że nasza forma przyszła za wcześnie. Ale teraz, gdy jesteśmy mistrzami, wszystkie te złe momenty poszły w zapomnienie.
MATEJ KAZIJSKI
Razem zaczynaliśmy seniorskie kariery. Matej jest teraz uważany za jednego z najlepszych siatkarzy świata. Czy czuję się od niego gorszy? Myślę, że takie porównania nie mają sensu. On jest świetny w ataku, może nawet najlepszy na świecie w tym elemencie, dobrze też zagrywa. Gorzej radzi sobie jednak w przyjęciu zagrywki i obronie. A przyjęcie to jest z kolei moja bardzo mocna strona.
Muszę powiedzieć, że moje wspomnienia związane z Matejem były do tej pory bardzo fajne, bo zwykle, gdy graliśmy przeciwko sobie dostawał w łeb. W pamięci utkwił mi zwłaszcza półfinał mistrzostw świata juniorów w Teheranie. Bułgarzy prowadzili 1:0 i 24:21 w drugim secie i wtedy Matej nie skończył trzech piłek z rzędu. Raz zablokował go „Możdżon”, raz ja, a jedną piłkę Matej posłał w aut. Wygraliśmy mecz 3:1. Żartobliwie można powiedzieć, że Matej trochę mi pomógł w rozwinięciu skrzydeł, bo w finale pokonaliśmy Brazylię i jako mistrz świata juniorów miałem łatwiejszy start w reprezentacji Polski seniorów. Patrząc na Mateja z perspektywy tych wszystkich wygranych przez Polskę meczów nie podejrzewałem, że chłopak jest tak dobry. Nie doceniałem go. Teraz gdy widzę, że na dziesięć spotkań, osiem gra fantastycznie, a w ataku robi takie rzeczy, że szczęka opada, to zdaję sobie sprawę, że komplementy pod jego adresem nie są przesadzone.
NIKOLA GRBIĆ
Pamiętam jak w 2000 roku pojechaliśmy ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego na mecz kwalifikacji olimpijskich Polska – Jugosławia w Spodku. To był ten słynny mecz, w którym nasi wysoko prowadzili, ale nie wykorzystali szansy. Podziwiałem wtedy spokój i kamienną twarz Nikoli. Sprawiał wrażenie jakiegoś nadczłowieka, twardego, charyzmatycznego przywódcy. W Trento poznałem go także z tej drugiej strony jako normalnego sympatycznego gościa, który lubi się pośmiać i pożartować. Przekazywał nam wiele cennych uwag. Przed pierwszym meczem play-off zebrał nas w szatni i walnął przemowę, która na wszystkich zrobiła ogromne wrażenie. Powiedział, że grał już w czterech finałach mistrzostw Włoch i za każdym razem przegrywał. Przed tamtymi meczami mówiono mu, że zespół jest młody i jeśli nie wygra w tym roku, to wygra w następnym. Ale nam powiedział, że to bzdura, że on - tak jak nigdy - czuje, że teraz naprawdę mamy niepowtarzalną szansę wygrać, że to będzie nasz sezon. No i uwierzyliśmy facetowi, który kilkanaście lat gra w lidze włoskiej u boku największych sław światowej siatkówki.
TRENTO
Piękne miasto. Góry, jezioro, malowniczy ryneczek. Budzę się rano, wychodzę na taras z kawką a przed moimi oczami roztacza się piękny widok. Dookoła mnie ośnieżone szczyt Alp, niemal codziennie świeci słońce. Jest pięknie i chce się żyć. Mieszkamy 50 metrów od pięknej starówki, mamy swoje ulubione knajpy, kawiarenkę, w której pijemy kawę, swoich lekarzy, znajomych. Czuję się tam jak u siebie w domu. Teraz zmieniam mieszkanie na większe, ale też z widokiem na Alpy. To jest piękne miejsce, ale osiedlić się w Trento nie zamierzam. Po zakończeniu kariery na pewno wrócę do Polski. Nie wyobrażam sobie żebyśmy mogli mieszkać w innym kraju.
* Inne włoskie hasła Michała Winiarskiego w „Super Volleyu”
Wykop
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
Nie pamiętasz hasła? Nowe hasło
Chcesz być powiadomiany/a o nowościach? Zapisz się do Newslettera.