Najnowsze newsy

Publicystyka

Publicystyka | 2016-09-22 17:33:22 | Nadesłał: Sylwia Kuś-Vega | Źrodlo: inf. własna

Leszek Wróbel: Chcemy kontynuować naszą pracę

Fot.: Sylwia Kuś-Vega

- Każdy, kto obejrzał na żywo chociażby jeden mecz fistballu, czy to w Grieskirchen, czy gdziekolwiek indziej, przekonał się na pewno sam, jak fajny jest to sport. Nasza fistballowa rodzina, choć bardzo mała, jest niezwykle zjednoczona. W Austrii, Szwajcarii, Niemczech, Włoszech, Brazylii czy Argentynie gra w fistball to już piękna tradycja. Najwyższy czas, by ten fistballowy potencjał rozrósł się również skutecznie w innych krajach świata - podkreśla reprezentant Polski w fistballu, Leszek Wróbel.

Zwycięstwo nad reprezentantami Hiszpanii trenera Miquela Barniola, na miarę siódmego miejsca, odnieśliście w swoim ostatnim meczu na mistrzostwach Europy w Fistballu. Jak rozumiem, z Grieskirchen pożegnaliście się tym samym w znakomitych nastrojach?

Leszek Wróbel:
- To prawda, nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszego zakończenia, jak ta wygrana. Jesteśmy bardzo szczęśliwi z rewanżu nad Hiszpanią, jak i ogólnie z szansy na zaprezentowanie się na tych mistrzostwach. Cały turniej był wspaniale zorganizowany. Już sam udział w nim był dla nas wyróżnieniem. Dziękuję w tym miejscu wszystkim, tworzącym nasz zespół. Słowa uznania kieruję tu zwłaszcza do tych zawodników, którzy przyjechali na turniej w Grieskirchen aż z Polski.

Co twoim zdaniem zaważyło na fakcie, że mimo ogromnego serca do walki, zapisaliście w Grieskirchen tylko to jedno zwycięstwo?

- Tym, czego najbardziej nam brak, jest doświadczenie - pierwszy raz braliśmy udział w takim turnieju. Wraz z każdym kolejnym dniem i każdym występem, prezentowaliśmy się coraz lepiej, aż wreszcie udało się zapisać wygraną - pokonaliśmy Hiszpanów wynikiem 3:1. Był to bardzo emocjonujący bój - rywal dysponował młodszymi, bardzo szybkimi zawodnikami. Naszym atutem w tym starciu był dla odmiany wzrost, który nam niejednokrotnie pomagał w atakach - byliśmy zdecydowanie wyżsi od Hiszpanów.

W jaki sposób zrodził się pomysł na wspólny występ na tych mistrzostwach? Trzeba przyznać, że ty akurat na turniej w Grieskirchen nie miałeś daleko.

- Zgadza się, będąc dzieckiem, wyjechałem z Polski - miałem cztery lata. Mieszkam w Linzu, położonym zaledwie półgodziny drogi od Grieskirchen. Sam pomysł występów zrodził się w głowie Karla Ricka, naszego trenera na tych mistrzostwach, a prywatnie mojego dobrego kolegi. Wiedział on, że zarówno ja, jak i mój brat (Christoph Lechthaler - przypis red.) graliśmy w siatkówkę i że wspólnie możemy coś fajnego zorganizować. I faktycznie tak się stało. Cieszy nas niezmiernie, że z większością naszych rywali, udawało nam się nawiązać jakąś mniejszą lub większą walkę - gdy przegrywaliśmy, nie czuliśmy zatem wstydu. Mam nadzieję, że będziemy kontynuować naszą pracę.

Jak ważnym ogniwem w waszej drużynie jest wspomniany przez ciebie Karl Rick?

- Jego rola w naszej drużynie jest olbrzymia. To nie tylko doskonały sportowiec, ale także i świetny człowiek. Kiedy w jednym z meczów, który wydawał się jak najbardziej do wygrania, ponieśliśmy porażkę, wziął odpowiedzialność na siebie, mówiąc, że mógł wstrzymać się od jednej zmiany. W trakcie całego tego turnieju z jego ust nie padło ani jedno negatywne słowo - to wyjątkowo pozytywna osoba. Po ostatnim meczu w Grieskirchen zastanawialiśmy się, jak możemy mu podziękować, co możemy mu dać i wymyśliliśmy, że zaprosimy go na tydzień z żoną do Polski - na pewno się ucieszy.

Na ile trudno jest, w twojej opinii, zawodowym siatkarzom przestawić się na grę w fistball? Podobno ich zmorą są tu m.in. zdecydowanie twardsze piłki.

- Z jednej strony fistball to inny sport jak siatkówka, z drugiej jednak strony - dyscypliny te mają ze sobą naprawdę wiele wspólnego. Na pewno znajomość gry w siatkówkę pomaga - choćby przy ustawieniu się do piłki. A wracając właśnie do piłki - rzeczywiście, nie da się ukryć, że jest ona ciężka i twarda, stąd kontakt z nią boli. Po treningach mieliśmy z tym spory problem. Ten ból przechodził na szczęście w trakcie kolejnych meczów - pod wpływem adrenaliny i wsparcia miejscowej publiczności.

Jak sądzisz, na czym polega cała ta "magia" fistballu? W Grieskirchen jak na dłoni było widać, że w Austrii kocha się wręcz tę dyscyplinę...

- Myślę, że każdy, kto obejrzał na żywo chociażby jeden mecz fistballu, czy to w Grieskirchen, czy gdziekolwiek indziej, przekonał się sam, jak fajny jest to sport. Nasza fistballowa rodzina, choć bardzo mała, jest niezwykle zjednoczona. W Austrii, Szwajcarii, Niemczech, Włoszech, Brazylii czy Argentynie gra w fistball to już piękna tradycja. Zawodnicy, trenerzy oraz kibice - wszyscy wzajemnie się znają i cenią. Najwyższy czas, by ten fistballowy potencjał rozrósł się również skutecznie w innych krajach świata.

Co postrzegasz jako największy plus tegorocznych mistrzostw Europy w kontekście waszych występów?

- Jednym z większych pozytywów tych mistrzostw jest niewątpliwie to, że zdecydował się dołączyć do nas taki zawodnik jak Robert Szczerbaniuk. Wierzę, że pójdą za nim kolejni uznani sportowcy, a ja - za jakieś dziesięć lat - będę czuć prawdziwą dumę opowiadając dzieciom, że występowałem w pierwszej w historii fistballowej reprezentacji Polski. W tym miejscu chciałbym przytoczyć pewną historię... Mój dziadek był reprezentantem Polski w boksie - nazywał się Zbigniew Pietrzykowski i trzy razy brał udział w Igrzyskach Olimpijskich (w Melbourne w 1956 r., w Rzymie w 1960 r. i w Tokio w 1964 r. - przypis red.). Po naszych spotkaniach w Grieskirchen zadzwoniła do mnie babcia - była bardzo dumna, że teraz w barwach polskiej kadry występują jej wnukowie.

Czego możemy spodziewać się po was we Wrocławiu, w ramach przyszłorocznych meczów na turnieju World Games?

- Wystąpią tam sami bardzo mocni rywale (Niemcy, Szwajcaria, Austria, Brazylia i Argentyna - przypis red.), co oznacza, że o jakąkolwiek wygraną będzie niezwykle trudno. Tak czy inaczej, radością samą w sobie będzie już szansa na zaprezentowanie się tam polskiej publiczności. Nasz cel na ten turniej to spróbować pograć, jak równy z równym z każdym z przeciwników. Na World Games zapraszam serdecznie cały Wrocław, a w miarę możliwości, bardzo proszę o przybycie również mieszkańców mojego rodzinnego miasta - Bielska. Gorąco liczę, że spotkamy się wszyscy na tej imprezie.


* Rozmawiała Sylwia Kuś-Vega - przegladligowy.com

Dodaj do:
Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Najnowsze galerie

Polecane