Najnowsze newsy

Publicystyka

Publicystyka | 2016-01-12 19:05:54 | Nadesłał: Krzysztof Wilk | Źrodlo: inf.własna

Wrażenia z wypadu na półfinałowe mecze do Berlina

Fot.: FIVB

Ani chwili nie zastanawiałem się, kiedy dostałem propozycję pojechania na dwa półfinałowe mecze siatkarskie do Berlina, gdzie cztery czołowe drużyny świata walczyły o awans do turnieju olimpijskiego w Rio de Janeiro. Łatwy dostęp do tanich biletów i jazda samochodem na gaz w pięć osób powodowała, że była to pierwszorzędna okazja.

Z zakupem biletów poczekaliśmy do zakończenia meczu Polska – Belgia. Gdy po końcowym gwizdku stało się jasne, że w sobotnich meczach na pewno zagra Polska, pomysłodawca wyjazdu zakupił na stronach CEV pięć biletów na ten dzień. Bilet na dwumecz dla jednej osoby kosztował 29 euro. Można było kupić taniej, bo za 25, ale postawiliśmy na dobrą widoczność i taką mieliśmy.

Do Berlina ruszyliśmy z Nysy w sobotni poranek o 8.30. Mieliśmy przed sobą 420 km i około 4,5 godziny jazdy (nie licząc postojów). Pierwszy mecz, czyli Niemcy – Rosja, był zaplanowany na 16.30.
Pod halę trafiliśmy bez przygód, ale okazało się, że jest tam tzw. zielona strefa i bez specjalnej naklejki i opłaty parkingowej parkować tam nie można. Z pomocą internetu znaleźliśmy kilometr od hali podziemny parking, na którym za całodzienny postój płaciło się 7,5 euro.

Jadąc przez Berlin i idąc z parkingu na halę byłem rozczarowany wyglądem tego miasta. Takie same wrażenie odniosłem, jak byłem w tym mieście rok temu na meczu piłkarskim Herthy Berlin. Inaczej to miasto zapamiętałem z lat 90-tych, gdy często tam jeździłem. Albo to miasto tak podupadło, albo Polska tak się rozwinęła. A może jedno i drugie. Pod halę poszliśmy raczej nieuczęszczaną trasą wzdłuż muru dla graficiarzy. Stało ich tam wielu. Część z nich wtedy malowała. Wielu piło piwo. Spory odsetek stanowili ludzie o innym kolorze skóry. Takie typowe „multikulti”. Pomimo, że szliśmy w polskich barwach, to raczej nie wzbudziliśmy ich większego zainteresowania.

Na hali byliśmy z półtorej godziny przed meczem. Nie było tam jeszcze wielu ludzi. Najwięcej było Polaków, choć nasza drużyna grała dopiero o 19.30. Zaskoczyło mnie to, że w kraju, w którym jest jakieś zagrożenie terrorystyczne kontrola była zdecydowanie mniej dokładna niż w Polsce. Bilety nie były imienne i nikt nie sprawdzał nam dokumentów. Nikt mnie nie obmacywał, a nawet nie kazano mi rozpiąć kurtki. Żonie zajrzano tylko do torebki. Widziałem, że jedna rodzina z Polski miała problem z wniesieniem aparatu fotograficznego. Nie pozwolono im. Ja się tego spodziewałem, stąd miałem tylko kamerkę, którą wniosłem. Dodam, że po wejściu na halę można ją było wielokrotnie opuszczać.

Część obsługi, która pilnowała by siadać w swoim sektorze, była z Polski. Na hali była szatnia, gdzie trzeba było zapłacić 2 euro, ale jak ktoś nie chciał, to mógł kurtkę mieć przy sobie. Nie oddając swoich mieliśmy już na parking. Na obiekcie było dużo punktów gastronomicznych. Przykładowo piwo było po 3,5 euro. Tyle samo kosztowała duża porcja popcornu.

Na meczu Niemcy – Rosja byli kibice z wszystkich czterech państw. Dominowali liczebnie Polacy. Na drugim miejscu pod tym względem byli Niemcy. Było też trochę Rosjan i Francuzów. Tych ostatnich przybyło wielu dopiero na drugi mecz. Część Rosjan była w koszulkach z napisem CCCP. Cześć miała wojskowe czapki. Hala oflagowana była praktycznie tylko przez polskich kibiców. Były większe i mniejsze flagi z różnych polskich miast. Te pierwsze były m.in. z Płocka i Tychów.

Kibice nie byli na trybunach podzieleni według klucza narodowego. Koło nas byli Niemcy i Francuzi. Był też jeden Rosjanin. Polacy nie wspierali dopingiem żadnej ze stron. Bardziej skupili się na fajnej zabawie. Większość kierowana przez spikera klaskała i tańczyła. W przerwach były różne zabawy, np. tzw. kiss camera. Gdy ta najechała na jakąś parę, to ta powinna była się pocałować, co na telebimie wszyscy widzieli. Była też powietrzna gitara, która polegała na tym, że jak na kogoś najechała kamera, to ten miał udawać, że gra na gitarze. To samo było z perkusją. Polscy kibice nie wspierali specjalnie żadnej z drużyn i wykorzystali ten mecz do fajnej zabawy.

Bardzo fajnie wyglądało wprowadzanie uczestników meczu. Wchodzili przy zgaszonych światłach, a gdy wkraczali na parkiet, odpalały się ognie, których buchające ciepło było odczuwane na trybunach.

Przed spotkaniem podszedł do mnie Niemiec i zapytał, kto moim zdaniem wygra dzisiejsze mecze. Gdy powiedziałem, że Niemcy i Polska, był tak zadowolony, jakby to się już faktycznie stało.

Jeśli chodzi o mecz, to moim zdaniem stał na poziomie hitowego pojedynku polskiej PlusLigi. Był to jednak mecz niezwykle wyrównany. Pierwszego seta Niemcy wygrali 33:31 i wydawało się, że wygrają całe spotkanie. Tymczasem kolejne trzy partie wygrali gracze Sbornej do 22, 19 i 24. Mecz trwał ze 3 godziny, ale nikt się na nim nie nudził.

W obu drużynach zagrała plejada siatkarskich gwiazd. W drużynie Niemiec zobaczyliśmy takich graczy jak: Fromm, Kaliberda, Boehme, Grozer, Kampa, Collin, Tille, Steuerwald, Schwarz, Dunnes, Hirsch i Steuerwald. Natomiast w zespole Rosji zagrali: Grankin, Tietiuchin, Aszczew, Michajłow, Wołkow, Kliuka, Werbow oraz Wolwicz, Bierieżko, Bakun i Markin.

Okazało się, że to co najciekawsze czekało nas na meczu Polska – Francja.

Kiedy już siedzieliśmy na swoich miejscach i przechodzili koło nas kolejni rodacy, kłaniali nam się, co wynikało z faktu, że podobnie jak inni mieliśmy polskie koszulki i szaliki. Przed meczem z Francuzami nasi kibice oflagowali całą halę. Praktycznie nie było francuskich. Nie dlatego, że ich nie mieli, ale dlatego, że przyszli później na mecz i nie mieli ich gdzie powiesić. Widziałem jak Francuz próbował powiesić swoją flagę w miejsce polskiej i jak starszy polski kibic absolutnie na to nie pozwolił. Francuz coś się targował pokazując, że wszędzie wiszą polskie flagi, aż w końcu widząc nieustępliwość w tej sprawie Polaka machnął ręką zrezygnowany i schował swoją.

W temacie flag dodam, że oprócz tych z nazwami polskich miast widziałem flagę Strefy 13, czyli jednego z klubów kibica kędzierzyńskiej ZAKSY. Kibice z tej grupy puścili też po trybunach biało–czerwoną sektorówkę.

Bardzo dobre wrażenie w Berlinie zrobili na mnie polscy kibice. Wyraźna ich większość przyjechała z całego serca, a raczej gardła, wspierając polską reprezentację. Nie wiem, jak to wyglądało w telewizji, bo nie oglądałem powtórki, ale domyślam się, że często tego dopingu nie było słychać. Powód tego był bardzo prosty. Winny był spiker zawodów, który co chwilę puszczał głośno muzykę, czym utrudniał zorganizowanie głośnego śpiewu. O ile to było fajne na meczu Niemcy – Rosja, gdzie Polacy bawili się, bo było im obojętne kto wygra, o tyle w tym spotkaniu przeszkadzało to strasznie. Oficjalnie na meczu było 7200 osób. Zdecydowaną większość stanowili Polacy, ale byli oni wymieszani z innymi i nie mieli kogoś, kto prowadziłby doping. Ciężko jest w takiej sytuacji zorganizować jakieś wspólne śpiewy. Były grupki, które próbowały to robić. I gdy przed meczem Polacy ryknęli: „Polska, Polska …”, to wydawało się, że tym dopingiem zmiażdżymy. Jednak głośną muzyką do tego nie dopuszczono. Mimo to Polacy często dawali radę.

Polscy kibice głośno odśpiewali nasz hymn. Z bardzo dobrej strony zaprezentowali się fani francuskiej reprezentacji. Co chwilę głośno skandowali okrzyk, który zapewne często będziemy słyszeć na piłkarskich Mistrzostwach Europy. Chodzi o: „Allez les Blues”. Kilkakrotnie w czasie meczu śpiewali swój hymn. Dobrze ich słyszałem, bo praktycznie siedziałem w ich sektorze. Pod koniec meczu dominowali na trybunach Max-Schmeling-Halle.

Dwa pierwsze sety przegraliśmy na przewagi, ale emocje w czasie ich trwania były niesamowite. Trudno to opisać. Można było dostać zawału. Sety stały na niespotykanym poziomie. Polacy grali bardzo dobrze, choć zdarzały im się błędy, ale Francuzi grali wręcz „kosmicznie”. Na niespotykany poziom wzniosło się zwłaszcza trzech Francuzów. Jednym z nich był rozgrywający Toniutti, który gra w Zaksie. Robił na rozegraniu co chciał. Drugim bohaterem meczu był libero Grebennikov. Oprócz tego, że fantastycznie bronił, to do tego genialnie wystawiał. Piłki, których inni by nie podbili, to on tak je bronił, że można było je kończyć atakiem. Trzecim geniuszem tego meczu był Ngapeth, który był nie do zatrzymania. Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo tak grającej drużyny. Dlatego byłem kompletnie zaskoczony, kiedy na drugi dzień widziałem w telewizji ich dość słaby mecz, w którym zostali pokonani przez Rosję.

Nie chcę oceniać gry Polaków w tym meczu. Wydaje mi się, że dali z siebie wszystko, ale tego dnia byli wyraźnie słabsi. Nie oddaje tego wynik dwóch pierwszych setów przegranych do 27 i 30. Tym bardziej należą im się słowa uznania za determinację. Trzeciego seta przegrali do 20, ale cały mecz trwał prawie dwie godziny, a przecież to były tylko trzy sety.

Istniało duże ryzyko, że będąc na meczu nie będę miał z niego klasycznego biletu, bo my mieliśmy wydruki komputerowe. Na szczęście „sokole oko” mojej żony doprowadziło do tego, że będzie w kolekcji cenna pamiątka.

Do domu wróciliśmy prawie o czwartej nad ranem. Podróż szybko nam zleciała na rozmowach na tematy sportowe. Dominowała siatkówka i piłka nożna, ale omówiliśmy też inne dyscypliny sportu łącznie np. z piłką rowerową. Całkowity koszt wyjazdu na osobę wyniósł 170 zł (bilety, paliwo, parking i autostrada).


* Opracował Krzysztof Wilk, przegladligowy.com, @MojeWielkieMecz

Dodaj do:
Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Najnowsze galerie

Polecane