Najnowsze newsy

Publicystyka

Publicystyka | 2009-05-08 20:37:28 | Nadesłał: Magdalena Pawlik-Paciorek | Źrodlo: Wojciech Fiuk

Futbolowe bożki

Futbolowy Bóg jest Anglikiem. Drugi sezon z rzędu w półfinałach Ligi Mistrzów znalazły się aż 3 angielskie drużyny. Tyle, że po ½ rozgrywek Jahwe, Bóg, Allah, Budda, czy jak Go tam zwiecie zmienił narodowość. W dwumeczu Arsenal – Manchester, Stwórca był...

Szkotem, a imię Jego brzmiało Sir Alex Ferguson. Niebawem Fergusonowi miną dwie dekady pracy na Old Trafford, a on ani myśli rezygnować. Co więcej, znów skonstruował maszynkę do zwyciężania. Niemożliwym wydawał się plan Sir Alexa, na zdobycie 5 trofeów i faktycznie w tym roku ów plan się nie powiedzie. Czerwone Diabły przegrały batalię o finał pucharu Anglii z Evertonem. No może nie tyle Czerwone Diabły, co diablątka – Ferguson zdał sobie sprawę z tego, iż jego piłkarze są wycieńczeni i do boju o pomniejszy łup wysłał dzieciarnie. Ta dzieciarnia była o metr od awansu do finału, a raczej o 11 metrów – Manchester poległ dopiero w konkursie rzutów karnych.
Ten kto wietrzył koniec potęgi MU srogo się zawiódł. Najboleśniej przekonali się o tym fani Arsenalu. Londyńczycy nie byli faworytem tego półfinału, ale młode wilki Wengera miały się rzucić do szyi poddziadziałym wygom z Manchesteru i zakończyć ich marzenia o obronie tytułu najlepszej jedenastki Europy. Jednak już pierwszy mecz pokazał, że to United jest i najprawdopodobniej znów będzie najlepszą drużyna na wyspach. Kibice Kanonierów już po spotkaniu na Old Trafford powinni budować Manuelowi Almuni pomnik. Gdyby nie niesamowite interwencje Hiszpana, to emocje skończyłyby się już po pierwszym meczu. Jednak wynik 1:0 wcale nie stawiał Manchesteru w roli faworytów w rewanżu. W tej roli Czerwone Diabły postawiły się same demolując Arsenal 3-1. Kolejny krok Fergusona do raju, ale został jeszcze jeden, ten najważniejszy...

Skoro Bóg może być Szkotem, to może być i Holendrem. Bawiąc się w piłkarskie gry komputerowe wydawać się może, że bycie trenerem bogatych drużyn to sielanka. O nietrafności tej tezy boleśnie przekonał się Luiz Felipe Scolari, który z reprezentacją Brazylii wygrał Mistrzostwa Świata, ale w naszpikowanej milionami funtów Chelsea nie ugrał nic. Mało tego zdołał skłócić ze sobą niemal cała drużynę, co zaowocowało jego zwolnieniem. Na jego miejscu pojawił się holenderski czarodziej – Gus Hiddink. Gdyby chcieć napisać trenerskie CV Holendra, to mogłoby zabraknąć papieru. Obecnie Hiddink jest trenerem reprezentacji Rosji, ale zgodził się pomóc Romanowi Abramowiczowi i jego The Blues w walce o najwyższe cele (PZPN takiego zachowania zrozumieć nie potrafi). Wydawać by się mogło, że dla Chelsea sezon 2008/09 jest już dawno przegrany. Strata do MU i Liverpoolu jest za duża, a i w Lidze Mistrzów piłkarze z Londynu radzili sobie kiepsko. Jednak Złoty Tulipan, w ciągu kilku tygodniu potrafił ze skłóconych milionerów zrobić drużynę walczącą o najwyższe laury. Co prawda na pogoń za mistrzostwem Anglii było już za późno, ale batalia o miano najlepszej drużyny na Starym Kontynencie rozpoczęła się na dobre. Skazywani na pożarcie piłkarze Chelsea po dwumeczu, który przejdzie do historii, zdołali przejść Liverpool. Tylko po ty, by trafić na drużynę, która już kilka miesięcy temu zyskała miano najlepszej 11 od wielu lat – F.C Barcelonę.

Ten półfinał miał pokazać wyższość futbolu ofensywnego i technicznego, nad futbolem siłowym, defensywnym, preferowanym przez wyspiarzy. Kibice Barcy nie mogli się doczekać bramek Messiego, Eto'o i Henry'ego. Bezstronni fani futbolu zacierali ręce na samą myśl o pojedynkach Iniesty i Xaviego z Essienem i Ballackiem. W te wszystkie piękne piłkarskie marzenia wmieszał się jednak Hiddink, który pokazał całemu światu, jak grać z Blaugraną. Po bezbramkowym remisie w stolicy Katalonii, w roli faworytów widziano piłkarzy Chelsea i oni w tej roli potrafili się odnaleźć. Mimo tego, iż Barcelona w dwumeczu potrafiła utrzymywać się przy piłce niemal dwa razy dłużej od rywala, to piłkarze ze Stamford byli drużyną lepiej ustawioną, drużyną, która wiedziała jak do finału wejść. I po 90 minutach rewanżowego meczu, The Blues w tym finale byli – byli, bo w Londynie o swej boskości postanowił poinformować Andres Iniesta. Wychowanek Dumy Katalonii przechylił szalę awansu do finału pięknym strzałem zza pola karnego w 3 minucie doliczonego czasu gry. Chelsea zapłakało, Barcelona też uroniła łzy, łzy szczęścia.

I gdzie jest teraz wasz Bóg?

Wojciech Fiuk

Dodaj do:
Wykop

Dodaj komentarz

Aby móc komentować, musisz być zalogowany.

Zaloguj się, albo gdy nie masz jeszcze konta Zarejestruj się

Logowanie

Newsletter

Ostatnio zarejestrowani

Najnowsze galerie

Polecane