| 2008-08-25 20:42:26 | Nadesłał: Agnieszka Mrozewska | Źrodlo: inf. prasowa
Na każdym stadionie czy hali strefa medialna, tzw. mixed zone, była jedynym miejscem, gdzie dziennikarze mogli rozmawiać z zawodnikami z 204 krajów uczestniczących w pekińskich igrzyskach. Niestety, nie wszyscy polscy olimpijczycy korzystali z okazji, by przekazać kibicom w kraju swoje wrażenia.
Wydaje się, że niektórzy Polacy brali przykład z legendarnego fińskiego biegacza Paavo Nurmiego (1897-1973) - dziewięciokrotnego złotego medalisty olimpijskiego, który zyskał sobie przydomek Wielki Niemowa. Nie powielali jednak jego wyczynów sportowych.
Zdobywcy medali na ogół chętnie rozmawiali o drodze do podium, ale gdyby chcieć tylko na ich wypowiedziach opierać materiały prasowe, przez większość dni dziennikarze nie mieliby co robić. Polacy zdobywali bowiem medale "seriami". W ciągu 16 dni zawodów - tylko pięć okraszonych było wywalczeniem krążków: 15 sierpnia - dwoma, 17 - czterema, 18 i 19 - jednym oraz 23 - dwoma.
W Pekinie, od 9 do 24 sierpnia, startowało 265 zawodników i zawodniczek w biało-czerwonych strojach. Nie sposób było skontaktować się ze wszystkimi - wejście mediów do wioski było limitowane i praktycznie ograniczało się do jednorazowej wizyty. Nawet gdyby ktoś chciał, to każdego dnia musiałby odbyć co najmniej 16 spotkań.
Szansą zaistnienia w mediach była więc rozmowa w mixed zone - pochwalenia się swym sukcesem bądź wytłumaczeniem przyczyn niepowodzenia, albo też wyjaśnienia - jak w przypadku sztafety 4x100 m kobiet - powodu dyskwalifikacji.
Szczególnie przykre było zachowanie najpopularniejszych olimpijczyków - wielu siatkarzy, siatkarek, czy pływaków, którzy grymasząc "robili łaskę" udzielając zdawkowych wypowiedzi. Czasami na choćby kilka zdań trzeba było czekać dobrą godzinę. Ale już na przykład piłkarze ręczni - to wzór godny naśladowania.
- Rozumiem rozpacz, dramat, łzy, gorycz porażki, ale chciałbym oddać ten nastrój nie tylko moimi słowami, ale przede wszystkim wypowiedziami sportowców. Na to czekają czytelnicy. A tu idą zawodniczki, mijają ciebie jak powietrze i nawet słowa nie raczą wykrzesać - żalił się Rafał Bała z "Przeglądu Sportowego" po biegu sztafetowym.
Wielką frustrację i złość mediów wywołali pod koniec olimpiady kajakarze. Będący już na granicy cierpliwości reporterzy czekali na osady, które w finałach zajmowały czwarte i gorsze miejsca... i nie doczekali się. Niemal wszyscy zawodnicy zignorowali wpisany w regulamin obowiązek przejścia przez wyznaczoną "strefę mieszaną".
Niektórzy dziennikarze zapewniali później, że "niemi" sportowcy długo będą musieli czekać - może nawet do następnych igrzysk w Londynie, by zaistnieć na łamach ich gazet.
Z podobnym kłopotem świetnie poradzili sobie francuscy koledzy. Jak wyjaśnili, w trakcie udanych dla "Les Blues" futbolowych mistrzostw świata w 1998 roku, zawodnicy zaczęli grymasić i zachowywać się jak niedostępne gwiazdy estrady. Kiedy więc po jednym ze zwycięskich spotkań piłkarze pojawili się na konferencji prasowej, wszyscy przedstawiciele mediów solidarnie wstali i opuścili salę. Była to surowa lekcja dla graczy.
Przyjemnie więc było patrzeć w Pekinie na zagranicznych sportowców, którzy na widok swych rodzimych "pismaków" sami, nawet bez słów "prosimy do nas", zatrzymywali się i rozmawiali. Wielcy i sławni - jak chociażby Kobe Bryant, LeBron James, Michael Phelps, Giba czy Usain Bolt, a także ci "mali", którym powinęła się noga, którym start nie wyszedł. Płakali, ale rozmawiali.
W polskiej ekipie na szczęście również nie brakuje takich zawodników. Kiedy pływak Bartosz Kizierowski nie awansował do finału, długo i szczegółowo opowiadał o przyczynach porażki. Zwykle jednak dziennikarz piszący o pływaniu słyszy po wyścigu zawodnika z basenu, że ten musi iść się "rozpływać", albo zbadać "kwasy". Co ciekawe Phelps, Laszlo Cseh, czy Federika Pellegrini nie mają po zawodach takich obowiązków, a mimo to osiągają lepsze wyniki, biją rekordy świata, czy Europy.
Wielkości sportowca nie mierzy się liczbą medali. Można być mieć w dorobku wszystko, o czym tylko marzy zawodnik, i być nikim. Trzeba bowiem umieć z honorem przyjąć porażkę i pozostać sobą po pięknym zwycięstwie.
Jest pan mistrzem olimpijskim, dociera to do pana? - pytali dziennikarze Tomasza Majewskiego.
- No jestem, i co z tego. Skrzydła mi urosły? Na pewno z tego powodu moje życie nie ulegnie zmianie, pozostanę takim jakim byłem, czyli sobą -zapewnił.
Z Pekinu - Janusz Kalinowski i Maciej Malczyk
Wykop
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
Nie pamiętasz hasła? Nowe hasło
Chcesz być powiadomiany/a o nowościach? Zapisz się do Newslettera.