Ekstraklasa | 2009-06-18 09:12:17 | Nadesłał: Joanna Kaliszewska | Źrodlo: Zagłębie Lubin
„Ocenę mojej pracy pozostawiam innym, ale wiem jedno – na pewno nie jestem wuefistą. To przede wszystkim. Pracowałem w klubach drugoligowych w Austrii, gdzie ponosiłem pełną odpowiedzialność za wszystko. Podczas mojej pięcioletniej pracy czterech zawodników, których prowadziłem, osiągnęło poziom międzynarodowy.”
Lubi Pan wyzwania? Bo jakby nie patrzeć prowadzenie Zagłębia Lubin w tej sytuacji jest wyzwaniem…
- Lubię wyzwania i na pewno się ich nie boję. Nie boję się również odpowiedzialności, bo gdyby było inaczej to dziś nie byłbym tutaj, w Zagłębiu Lubin tylko w Lechu Poznań.
Właśnie. Pojawiła się informacja, że będzie Pan asystentem Jacka Zielińskiego w Lechu Poznań. Ile było w tym prawdy?
- Potwierdzam tę informację, ponieważ już na 99% procent byłem dogadany z Lechem. Fajnie się ta współpraca zapowiadała, ale jestem na tyle odpowiedzialnym człowiekiem, że gdy w jednym czasie dostałem dwie propozycje pracy, postawiłem sprawę jasno: poprosiłem działaczy Lecha o zgodę na rozmowę z Zagłębiem. Powiedziałem, że jeśli rozmowa z Zagłębiem będzie konkretna, to wówczas przyjmę propozycję z Lubina. I tak też się stało.
Zagłębie Lubin po roku przymusowej banicji wróciło na swoje miejsce, czyli do Ekstraklasy. Oczekiwania kibiców są bardzo duże. Co Pan wie o zespole, który właśnie Pan objął?
- Wiem dużo. Wiem, że jest to zespół posiadający w swoim składzie zawodników dysponujących ogromnym potencjałem. Wiem, że kibice chcą, aby drużyna zajęła jak najwyższe miejsce w lidze, ja mogę zapewnić, że będziemy się o to starać. Mamy grono naprawdę utalentowanej młodzieży, więc jest szansa, żeby osiągać bardzo dobre wyniki.
Zastąpił Pan na trenerskiej ławce Oresta Lenczyka, z którym wcześniej współpracował Pan w Bełchatowie, gdzie prowadził Pan drużynę grającą w Młodej Ekstraklasie. Smaczki same się rodzą…
- Ja nie widzę tutaj żadnych podtekstów. Z Bełchatowa odszedłem z powodów osobistych. Nie jest więc tak, jak kiedyś przeczytałem, że odszedłem z tego klubu ze względu na brak wyników. Wręcz przeciwnie wyniki były w Bełchatowie, a potwierdzeniem moich słów jest to, że obecnie jedną z ważnych postaci w Bełchatowie jest Cetnarski, poza tym gra tam Adamiec, a także dwóch, trzech zawodników z Młodej Ekstraklasy, którzy dobijają się do drzwi pierwszego zespołu. Poza tym trzeba wziąć pod uwagę to, że zawodnicy, którzy wówczas grali u mnie w ME, byli z rocznika o dwa , trzy lata młodsze od rocznika, który powinien wtedy grać. W tym zespole był naprawdę ogromny potencjał. Lecz pragnę podkreślić: odszedłem z Bełchatowa wyłącznie z powodów osobistych.
Ujawni Pan na jak długo podpisał kontrakt, czy jest to jakaś tajemnica?
- Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Podpisałem umowę na rok z opcją przedłużenia jej o kolejne dwanaście miesięcy.
Miał Pan na pewno, przynajmniej na papierze, okazję zapoznać się z kadrą zespołu? Czy już Pan wie, które formacje wymagają wzmocnień?
- Szukamy zawodników do każdej formacji. Powtórzę – do każdej. Będziemy starali się, żeby Zagłębie Lubin miało dobrą i wyrównaną kadrę. Jeżeli chodzi o personalia zawodników, którzy wchodzą w grę, proszę wybaczyć, ale nie zdradzę nazwisk. Prowadzimy jednak rozmowy od kilkunastu dni, ale te sprawy jeszcze nie są dopięte. Gdy jednak zostaną załatwione, wówczas poinformujemy opinię publiczną.
Widział Pan już nowy stadion Zagłębia Lubin. Chyba się tu trochę pozmieniało od czasów, kiedy Pan tutaj przyjeżdżał?
- (śmiech). Nie ulega wątpliwości. Nie bierzmy już jednak pod uwagę starego obiektu, ponieważ jest piękny, nowy stadion, który jednoznacznie pokazuje, że w Lubinie jest potencjał piłkarski. A także stabilizacja, dzięki czemu można stworzyć tutaj ciekawą i dobrą drużynę.
Młodsi kibice nie pamiętają Pana zbyt dobrze, choć jako zawodnik innych klubów strzelał Pan bramki Zagłębiu…
- To prawda, należy jednak pamiętać o tym, że troszkę czasu spędziłem poza granicami naszego kraju. Ostatnie siedemnaście lat, z przerwą na kilka miesięcy w Bełchatowie, spędziłem w Austrii i Niemczech. Mam miłe wspomnienia, jeśli chodzi o grę w Lubinie, ponieważ strzelałem tutaj swoje bramki, czy w lidze, czy w Pucharze Intertoto w barwach Ried.
Zadaniem, które postawił Panu Zarząd Zagłębia jest budowa silnego zespołu, natomiast jak prezentują się pańskie osobiste cele? Zakładam, że chce Pan przede wszystkim wyrobić sobie markę w naszym kraju?
- Tutaj się Pan nie pomylił. Mam pięcioletnie doświadczenie w pracy trenerskiej, przy czym chciałbym od razu pewną rzecz sprostować. Pojawiła się bowiem informacja prasowa, że w Austrii pracowałem jedynie z dziećmi. Nie wiem skąd to się wzięło, ponieważ nie jest to prawdą. W Austrii od pięciu lat pracowałem bowiem na poziomie drugiej ligi i wiem na czym polega zawód trenera. Moim celem jest stworzenie dobrej drużyny, która będzie w przyszłości liczyć się w walce o najwyższe cele w lidze.
Jakie doświadczenia płynące z ligi austriackiej może Pan zaszczepić na polski grunt?
- Nie wiem, to się dopiero okaże. Pracujemy z materiałem ludzkim, mamy kilku zawodników o naprawdę dużym potencjale. Mam nadzieję, że zaakceptują oni to, co chcę im przekazać. Zobaczymy krok po kroku w jakim kierunku będzie to zmierzać.
Wspomniał Pan o propozycji Lecha Poznań. A czy były jeszcze jakieś polskie kluby, które się Panem interesowały?
- Dwa lata temu mogłem przejąć klub z Ekstraklasy, ale ostatecznie nie zdecydowałem się na taki krok.
Nie były to jednak Pana pierwsze rozmowy z Zagłębiem?
- Nie były, ponieważ dwa miesiące temu, kiedy zapadła decyzja, że trenerem Zagłębia Lubin zostanie Orest Lenczyk, byłem również i ja kandydatem. Nie byłem jednak rozgoryczony tym, że to nie ja objąłem posadę. Takie mechanizmy rządzą zawodową piłką. Przyjeżdża się, rozmawia się i zapada decyzja. A ona może być różna.
Kiedyś powiedział Pan, że trenerowi Lenczykowi dużo zawdzięcza. Co takiego konkretnie zawdzięcza Pan temu szkoleniowcowi?
- Jako zawodnik zawdzięczam temu trenerowi bardzo dużo, ponieważ miałem okazję pracować pod jego okiem jako zawodnik GKS Katowice, gdzie grałem w latach 1986-92. W 1989 miałem okazję poznać i pracować u tego trenera, który dał mi szansę grania. Wykorzystałem ją i za tę szansę dziękuję.
A jako trener, czego się Pan od niego nauczył w Bełchatowie?
- Za krótko razem współpracowaliśmy.
Nie uniknie Pan porównań do trenera Lenczyka, tym bardziej, że jako szkoleniowiec jest Pan osobą właściwie anonimową. Z tego powodu porównuje się Pana do trenera Jończyka. Niektórzy określają pana „kolejnym Panem od wuefu” deprecjonując pański warsztat i umiejętności. Słusznie?
- Nie wiem. Lecz będę swoją pracą, a także grą drużyny próbował przekonać kibiców, że jest zupełnie inaczej. Owszem, zgodzę się, że w Polsce jestem nieznanym trenerem, tylko proszę mi pokazać trenera, który na poziomie pierwszej ligi pracował przez pięć lat na Zachodzie.
Jakim Pan jest szkoleniowcem?
- Ocenę pozostawiam innym, ale wiem jedno – na pewno nie jestem wuefistą. To przede wszystkim. Po drugie, pracowałem w klubach drugoligowych w Austrii, gdzie ponosiłem pełną odpowiedzialność za wszystko. Podczas mojej pięcioletniej pracy czterech zawodników, których prowadziłem, osiągnęło poziom międzynarodowy.
Może Pan podać nazwiska?
- Franky Schimmer, który w ubiegłym roku strzelił Lechowi dwie bramki. W wieku siedemnastu lat w SV Ried był u mnie szefem obrony. Andy Lasnik, który gra obecnie w Aachen w drugiej lidze niemieckiej. Następnie Amil Sulimani, który jest zawodnikiem Austrii Wiedeń, również debiutował w reprezentacji Austrii. Jemu dałem szansę, gdy miał szesnaście lat. Natomiast w ostatnim klubie, w którym pracowałem, Vöcklabruck – gdzie przyszedłem w zimie, gdy byli w trzeciej lidze po czym zrobiłem dwa awanse - miałem chłopaka, który grał w najniższej klasie rozgrywkowej, powiedzmy polska siódma liga, a w ciągu roku zrobił takie postępy, że gra w austriackiej młodzieżówce, a niedawno podpisał kontrakt z Rapidem Wiedeń. Wiem, że w Polsce jestem nieznany, ale swoją wiedzą i pracą będę starał się przekonać niedowiarków do tego, że coś potrafię. A jeżeli chodzi o mnie, to dużą wagę przywiązuje w swojej pracy do dyscypliny, a także do dyscypliny taktycznej. Pracuję z zawodnikami indywidualnie, pracuję troszkę inaczej, jak to pracuje w Polsce. Swoimi metodami. Lecz każdy trener ma przecież swoje wypracowane metody, które stosuje w pracy. Szanuję trenera Lenczyka, do którego jak Pan wspomniał będę porównywany, ponieważ ma on za sobą czterdzieści lat doświadczeń w pracy szkoleniowca, ja mam dwadzieścia lat doświadczeń jako piłkarz zawodowy w Polsce, Niemczech i Austrii, a także pięć lat jako szkoleniowiec w Austrii. Dwa razy wywalczyłem awans z III ligi do II, do ligi zawodowej, z drużynami, które nie były faworytem. Nie chcę zostać teraz wzięty za bufona, że nagle się przechwalam, ale muszę też się troszkę zaprezentować. Uważam jednak, że gdybym miał obywatelstwo austriackie, to nie miałbym większych problemów, żeby w tym kraju znaleźć pracę w roli trenera. A tak jestem tam obcy, mimo tych wielu lat spędzonych w tym kraju, mimo wyników, jakie osiągałem. Może dostałbym szansę, ale musiałbym długo czekać, żeby dostać szansę trenowania drużyny w Bundeslidze. Jako zawodnik wyrobiłem sobie nazwisko, ale to mi w niczym nie pomaga. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że ja zawsze szedłem swoją drogą. Nie mówię, że mam swoją filozofię, ale w życiu zawsze kierowałem się pewnymi zasadami. Pierwszą pracę, którą miałem w Austrii po zakończeniu kariery piłkarskiej, to był SV Ried. Przejąłem zespół w bardzo ciężkiej sytuacji, gdzie nie tylko klub, ale i drużyna była w rozsypce. Mimo to potrafiłem wyprowadzić Ried na prostą, i choć miałem kontrakt na piśmie, to jednak nie został on dalej przedłużony.
Z Ried odchodził Pan cztery razy?
- Trzy, lecz zarówno jako zawodnik, jak i ostatnim razem jako trener. Odchodziłem wówczas bardzo rozczarowany, ponieważ zbudowałem drużynę w oparciu o spisane wcześniej punkty, które przedyskutowałem z ludźmi z klubu. Przesłałem zresztą parę wycinków z gazet do Dyrektora Sportowego , gdzie jest napisane, że graliśmy wówczas najbardziej atrakcyjną piłkę w Austrii. Nie wyłącznie w drugiej lidze, ale w całej Austrii. I to młodą drużyną, gdzie w składzie na dwudziestu paru zawodników trzynastu miało mniej niż dwadzieścia jeden lat. To pokazuje, że można było stworzyć ciekawą i mocną drużynę. Niestety, klub miał problemy finansowe. Przyszedł były właściciel Austrii Wiedeń, Frank Strochach, który wprowadził swoje rządy.
W drugiej drużynie Zagłębia znajdują się zdolni zawodnicy. Będzie się im Pan wnikliwie przyglądał?
- Oczywiście. Nie mówię, że to jest główną przyczyną, dla której zdecydowałem się przyjąć propozycję Zagłębia Lubin, ale na pewno jeden z czynników, który zaważył na mojej decyzji. Chcemy w Zagłębiu zbudować naprawdę dobrą drużynę, z dobrym zapleczem. Dać szansę zawodnikom, którym się gdzieś nie powiodło, plus zawodnicy, których mamy tutaj u siebie, którzy mają potencjał. Chcę im dać szansę gry w Ekstraklasie. Nie jest tak, że dzielę zawodników na młodych i na starych. Ci młodzi muszą mieć potencjał po to, aby kiedyś stać się dobrymi zawodnikami. Oczywiście, nic na siłę, ale mogę zapewnić, że dostaną szansę. Stworzymy takie struktury, żeby Zagłębie było klubem, który będzie się liczył w Polsce. Ale nie tylko ze względu na pierwszą drużynę i prezentowaną przez nią grę, ale również ze względu na szkolenie młodzieży.
Czy Zagłębie, biorąc pod uwagę styl gry, może być takim polskim SV Ried?
- Nie chcę porównywać Polski do Austrii, ponieważ uważam, że potencjał ludzki jest o wiele większy od tego, który miałem tam. Jeżeli chodzi o stadion, to w Ried też jest piękny obiekt, ale o połowę mniejszy niż tutaj. Należy jednak pamiętać, że Austria jest bogatym krajem, który przez ostatnie piętnaście lat zainwestowała duże pieniądze w piłkę. Uważam, że infrastruktura jest na naprawdę europejskim poziomie, ale biorąc pod uwagę poziom szkolenia, w moim odczuciu nie poszło to w tym kierunku, w którym powinno pójść. Ściągają bowiem zawodników z zewnątrz, albo są to dzieci imigrantów. Są bowiem ośrodki sportowe we Wiedniu, gdzie jednak siedemdziesiąt procent dzieciaków to ludność napływowa. Dlatego w przyszłości Austriacy będą mieli problem, jeśli chodzi o reprezentantów.
Jest Pan elastycznym trenerem?
- A co Pan przez to rozumie?
Pytam, ponieważ jeden z pana poprzedników, Robert Jończyk, nie potrafił do końca porozumieć się z zawodnikami.
- Zależy w jakich kwestiach.
Różnych.
- Jeżeli chodzi o sprawy organizacyjne, to nie widzę problemu, ponieważ usiądę z zawodnikami, ustalę pewne rzeczy i tego będziemy się trzymać. Jeżeli chodzi o metodykę treningu, to będę próbował zawodników przekonać do tego, że obrana przeze mnie koncepcja jest słuszna. Nie mówię, że jestem fanatykiem dyscypliny, ale ze względu na to, że grałem w Austrii i Niemczech wymagam dyscypliny i szacunku.
Czy będzie Pan prowadził dialog z piłkarzami? Objaśniam im, czemu mają służyć wprowadzane metody treningowe?
- Ja będę rozmawiał z zawodnikami, ponieważ jest dla mnie bardzo ważny kontakt z zawodnikiem, grupą zawodników, daną formacją, gdyż takie rozmowy są dla mnie bardzo ważne. Przy czym żaden zawodnik nie będzie mi ustalał składu tak jak ja to kiedyś robiłem w Austrii. Dlatego miałem takie problemy, jakie miałem (śmiech). Lecz już nie mówmy o przeszłości. Przeszedłem swoje na Zachodzie, czy to w Dreźnie, czy w Austrii, ale to już jest historia, zabieram się do pracy w Zagłębiu. Jestem przekonany, że jestem w stanie osiągnąć tutaj sukces.
Rozmawiał: Wacław Wachnik
Wykop
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
Nie pamiętasz hasła? Nowe hasło
Chcesz być powiadomiany/a o nowościach? Zapisz się do Newslettera.