Liga Mistrzów | 2010-05-03 13:05:10 | Nadesłał: Małgorzata Paduch | Źrodlo: plusliga.pl
W minioną niedzielę Łukasz Żygadło stanął wreszcie w świetle jupiterów - poprowadził włoski klub do zwycięstwa i zgarnął nagrodę dla najlepszego rozgrywającego turnieju. Ostatnie takie wyróżnienie otrzymał cztery sezony wstecz, w Turcji.
Spodziewał się pan tak gładkiego zwycięstwa w finale Ligi Mistrzów?
- Spodziewałem się, że Rosjanie w pewnym momencie pękną. Pękli od początku i lepiej dla nas, naprawdę. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. W półfinałach włoskiej ligi wymęczyła nas Macerata. Z marszu przyjechaliśmy do Łodzi, bardzo więc się cieszę, że to my dyktowaliśmy warunki na boisku.
Jak pan czuł się przed tym najważniejszym wyzwaniem sezonu?
- Fizycznie czułem się jakbym był po walce z Adamkiem. Nawet wziąłem krople, bo miałem strasznie przekrwione oczy. Ale byłem spokojny i myślałem tylko o tym, by realizować założenia taktyczne. Po kontuzji Raphaela wielu mówiło, że nie wytrzymam presji grania przed polską publicznością. Tymczasem w mojej karierze zdarzały się już sytuacje, że musiałem grać w dziwnych lub trudnych momentach - np. Mistrzostwa Europy w 2005 roku i zawsze dawałem sobie radę.
Udało się i może pan świętować wielki sukces. Jakie to uczucie?
- Jestem w niebie! Z tą grupą ludzi możemy zrobić naprawdę wiele, nieważne co stanie się po drodze. Wszyscy razem tworzymy kolektyw, który bez jednej choćby osoby nie istnieje - bez masażysty, bez statystyków. Gdy zabraknie jednego, wchodzi drugi i prezentuje się równie dobrze. Nie da się pociągnąć sezonu grając szóstką zawodników. Wszyscy są jednakowo wartościowi. Bywa ciężko, bo ci co nie grają trenują jeszcze więcej, ale jestem zadowolony, że gram w tej drużynie. Szczególnie, gdy przychodzą takie chwile, jak ta w niedzielę...
*więcej na www.plusliga.pl
Wykop
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się
Nie pamiętasz hasła? Nowe hasło
Chcesz być powiadomiany/a o nowościach? Zapisz się do Newslettera.